To było wczoraj, za rogiem na końcu ulicy. Wydawało mi się,
że w tym szarym świecie moje serce jako jedyne pulsuje karminem. Obija się
boleśnie o żebra, jak zwierzęta w
klatkach w ZOO, czyhające na każdą możliwość ucieczki. Tak, zdecydowanie
wczoraj, za rogiem na końcu ulicy, w cieniu kamienic, powodującym że czuło się
jeszcze w powietrzu zimę, ponownie uwierzyłam w swoją wyjątkowość. Spać potem
nie mogłam, przez jedną krótką noc, której znaczenie urosło do rangi cierpień
werterowskich. Myśleć, jeść, skupić się. Niemoc zadrą wbiła się pod paznokieć
palca wskazującego i kłuła boleśnie przy porannym smarowaniu bułek. Móc,
potrafić, chcieć ponownie pisać. Zatęsknić, nie na chwilę i czas wiosennej
burzy, po której błękit wymazuje wspomnienia ale na codzienność. Wypełnić
pustkę słowami których ktoś zapragnie. Więc oto jestem, nie naga i nie obdarta
do rozedrganych mięśni, myśli i uczuć. Jestem, codzienna, okryta warstwą
pozimowej sadzy i rzeczywistości. Przesuwam w palcach paciorki różańca,
rozchylam wargi w modlitwie wieczorami a pod osłoną nocy analizuję westchnienia
przeszłości.
Wiesz Alex, już nie zaciągam się dymem tytoniowym i nie topię
rozczarowań w kieliszkach wina. Nie płaczę nocą w osamotnieniu, wbijając sobie
do krwi paznokcie we wnętrza dłoni. Nadal
jednak tęsknię, (nie)obca Ja.