Pianinem rozkochana. Magia dźwięku, palcami sunącymi po klawiszach, napierającymi na nie, w walce o wydobycie głębokich dźwięków. Stopa porusza się miarowo, zwalnia, uciska. Przymykasz oczy, otwierasz je, skupienie maluje się na Twojej twarzy. Chłonę je, kiedy wnika pod skórę, przez wilgotne słonym potem pory. Tańczy z winem rozlewającym się w moich naczyniach krwionośnych. Spokojna, wyciszona, całkowicie wyprana z emocji, uczuć i myśli. Tysiące neuronów, sploty zakończeń nerwowych, obumierające komórki. Wszystko drży. Genetyczne skażenie organizmu, płynące trucizną w żyłach, zanika, rozbijane na tysiące drobin ulegających samozniszczeniu.
Masujesz mi serce Księżycową Beethovena, a ono zaczyna znowu bić. Pompuje krew, czuje, odsłania się z kamiennej skorupy.
Może to gra, napewno to gra, Twych dłoni na instrumencie rozkoszy, dla mych uszu. Nie dbam o to. Nie dziś, nie teraz. Rozebrana przez ciebie bezdotykowo. Stoję naga na ulicy świata.
Może to gra, napewno to gra, Twych dłoni na instrumencie rozkoszy, dla mych uszu. Nie dbam o to. Nie dziś, nie teraz. Rozebrana przez ciebie bezdotykowo. Stoję naga na ulicy świata.