BARDZO PROSZĘ O NIE KOPIOWANIE TREŚCI ZNAJDUJĄCYCH SIĘ NA BLOGU, PRÓCZ CYTATÓW, FRAGMENTÓW PIOSENEK LUB ZDJĘĆ.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Bełkot (nie)intelektualny

Oglądałam dzisiaj na scenie chorych tworów mojej wyobraźni sztukę. Zapewne nie muszę ci opowiadać o sensie, treści, padających słowach, niepotrzebnych gestach, źle zagranych scenach, niedokształconej mimice, braku ekspresji, przerostu dykcji nad treścią. Sam wiesz, że kiepscy z Nas aktorzy. 

Ale czy wiesz, że kiedyś kurtyna opadnie i nawet klakier nie będzie w stanie wzbudzić na widowni oklasków ? Ni miarowego uderzania dłoni o dłoń chociażby jednej osoby. Spojrzymy wtedy po sobie zakłopotani, znając prawdy których wypowiedzenie sprawi, że stracą na wartości. A potem Ty nie zaprosisz mnie na piwo, do tej knajpki gdzie grają jazz, a ja nie będę bawiła się włosami ani rozchylała ust przechylając głowę, by zwrócić Twoją uwagę. Obdarci z niedopowiedzeń i gry naszych ciał, staniemy się nazbyt prości i nijacy. 

Wyłącz radio, zgaś oczko, słuchowisko zakończone. Przyjęto do wiadomości. Wnioski ?

Modlitwa wieczorna:
Nie bądźmy zbyt prości
W ogóle nie bądźmy.


60(?) decyzyjności.




piątek, 23 kwietnia 2010

Zapach cebuli

Kroiłam dzisiaj cebulę. Ot, cebula, po której utrzymuje się na skórze kilkugodzinny zapach, mimo porządnego szorowania dłoni. Ale to nieważne. Nie o tym. 
Ta cebula wywołała wspomnienia z okresu liceum. Niezwykle krótki ale intensywny okres mojego zamieszkiwania z babcią. Pamiętam, że tak właśnie specyficznie pachniało gdy wchodziło się do babcinej kuchni wieczorami. Pamiętam bułki ze sparzonym pomidorem i pokrojoną na niego w kosteczkę cebulą. Drobną, staranną kosteczkę. 
Lawina wspomnień ruszyła. Poranki pachnące „Inką”, smakujące dżemem truskawkowym, rysujące się obrazem nagrzanego, kaflowego pieca na którym na kilka minut przed budzeniem mnie babcia wieszała podkoszulek „żebym ubrała ciepły”. Popołudnia były ciężkie, zaparowane od gotowania szyby w kuchni. Może to prozaiczne ale nikt nie robi takich ziemniaków jak właśnie ona-babcia. Potem ,w mijające w głowie obrazy, wśliznęły się rodzinne spotkania. Imieniny, Święta, coroczna msza za dziadka. Jabłecznik z domowym nadzieniem. Smażonymi na konfitury owocami, leżakującymi potem w słoikach, w piwnicy. Kruche ciasteczka z marmoladą. Dziecięce, pełne ciasta buzie, okruchy na kanapie i jej uśmiech, radość w oczach, spracowana, pomarszczona wiekiem dłoń na policzku „jej sikoreczki”. Tak mówiła o każdym wnuku.
Choroba i starość jest smutna. Czyni z człowieka, który cię wychował i dał tyle ciepła zgorzkniałą skorupę. Zaciska dłonie, powoduje przykurcz palców, irytująco szura papciami po podłodze. Utrudnia wejście do wanny, wydłuża sen, blokuje pamięć, zabiera umiejętność czytania, pisania, nawet słowa. Nudzi, wysusza, wprowadza w katatoniczną monotonię. 
A mimo to, w głowie wciąż mam obraz tamtej kobiety i czuły uśmiech na mojej twarzy na samą myśl. Najwięcej miłości okazywała przez kuchnię i dbanie o drugą osobę. Codzienność w postaci prania wiszącego na sznurze, zaścielonego łóżka, ciepłej herbaty po obiedzie. W tych przekonaniach wychowała swojego syna a mojego ojca. W tych przekonaniach jej syn wychował mnie. Proste, banalne, infantylne ? Być może dla kogoś. Wiem jednak na pewno, że krojąc tą cebulę, gdy w tygodniu mam dla kogo, uśmiecham się do myśli w których wrzucę ją do garnka, w których stworzę potrawę, w których wywołam czyjeś zadowolenie i ucieszy to mnie samą. 
Przez najbanalniejsze czynności również okazujemy komuś swoją miłość. Dbając o to, aby było mu dobrze w życiu codziennym. Tak, to wiem dzięki babci i mojemu ojcu.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Dawno, dawno temu...

Zapach przesiąkniętego pożądaniem ciała. Wszędobylskie dłonie, łapczywe usta, napięte mięśnie. Arytmia mięśnia sercowego, ścieżka moich paznokci wzdłuż Twojego kręgosłupa. Szepty o snach, marzeniach, wyobrażeniach… ze mną. Zawrót głowy, ciemność pory dnia. Pociągnięcie za włosy, mocny uścisk, końcowe wyczerpanie. Opadasz na chłodną pościel, tuż obok. Przymykasz oczy, oddychasz nierównym, szybkim tempem.

Ja oddycham wolniej. Każdy popełnia błędy.


-Wspomnień czar (?)

środa, 21 kwietnia 2010

Gładząc opuszkiem fakturę świeżo garbowanej skóry
W ekstatycznym transie myśli i niedopowiedzeń
I zapach piżma toczył w powietrzu ciemne chmury

Ty śpisz a za oknem pada
Odchodząc nie domknę drzwi
Zbudzi cię sybir transgenicznego poranka
Dzisiaj zaserwowano na kolację gorzko-gorzką prawdę. Z gorzkich rzeczy lubię jedynie czekoladę.
3,2,1 koniec dobroci dla zwierząt i Dzień Dziecka również dobiegł końca.
A może powinnam napisać 1,2,3 ?

Przyzwyczajenie do czegoś nie jest smutne ani okrutne, jest przyzwyczajeniem pozwalającym nam przewidzieć co dalej. Unika się rozczarowań.

Moje przyzwyczajenie zaczyna nabierać cech makijażu. Staje się permanentne.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Wydaje mi się, chociaż mogę być w głębokim błędzie.

Im bardziej zaczynasz się zastanawiać czy kogoś kochasz, tym bardziej próbujesz dostrzegać jedynie te rozczulające, miłe, wywołujące uśmiech drobnostki. Poszukujesz wzroku i lgniesz do obiektu przemyśleń,  przetrząsając zakamarki własnej świadomości w potrzebie odrzucenia niepewności. Sam wywołujesz skrajność emocji, broniąc się przed wnioskami, które zasmucą nie tylko Ciebie ale i innych. 

"Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć."

— Julio Cortázar

Zagramy w klasy ?

niedziela, 18 kwietnia 2010

Słowo na niedzielę. Nieprzemyślanie

J: Zaskakuje mnie jak ludzki twór potrafi walczyć o przetrwanie przeczuwając zagrożenie i zbliżający się koniec.
MSJ: Cóż w tym dziwnego ? Jesteście ludźmi.  Popełniacie błędy ale nie potraficie ponosić ich konsekwencji. Udźwignąć goryczy porażki.
J: Bycie człowiekiem nie tłumaczy błędów. Raczej egoistyczne pobudki pchające nas ku samozadowoleniu i wygodnictwie. Dlatego tak wiele razy przeżywamy rozczarowanie kimś, kto w imię wyższości własnego zaspokojenia wywołuje niesmak.
MSJ: A ty ? Też jesteś jednym z nich. Więc również z tych pobudek popełniasz błędy.
J: Mam ich świadomość, nie tłumaczę swojego zachowania. Ostatnio staram się przeanalizować wszystkie za i przeciw. Wybrać najlepsze rozwiązanie. Nie kierować własną potrzebą.
MSJ: Bez sensu. Nie we wszystkich sytuacjach jest dobre rozwiązanie a jedynie złe i gorsze. Jest również czynnik te rozwiązania warunkujące, bądź utrudniające wybór któregoś.
J: Zlepek wyidealizowanego świata. Uwierzyć w ten czynnik… Bardzo bym chciała chcieć.
MSJ: Wiem. Ale czasem to nie wystarczy. Czasem jest zbyt późno na rozpędzenie tego mechanizmu. Bez względu na wszystko, za późno.

J nie zdążyła odpowiedzieć, cykuta zdrady zamknęła dopływ powietrza  do jej płuc, wywołując uduszenie. Z  posiniałych ust pociekła strużka pomidorowej mazi. Zawsze lubiła pomidory.

MSJ: Wspaniała niedziela na zgon. Grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

sobota, 17 kwietnia 2010

Bywa

Zrobiłam listę rzeczy, które chciałabym zrobić w życiu. Krótka, treściwa. Jej osiągalność dla obcej osoby może wydać się pretensjonalna i smutna. Żadnych porywów fantazji, marzeń nie do spełnienia.
Zrobiłam listę. Długo, powoli i z namysłem dobierałam słowa uściślające opis każdego jej punktu.
Żaden z nich nie obejmuje Ciebie.

Ostatnio budzę się z myślą, że wczoraj kochałam Cię bardziej.
Każdego dnia.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Półprawdy
Półśrodki
Półsłodkie
Białe, w opalcowanym upojeniem kieliszku
Parujące niedorzecznością ślepej wiary
Dłoń zatacza kręgi w dusznej atmosferze
Zbyt późno, zbyt długo, zbyt lękliwie
Dopijam procentowe prawdopodobieństwo
Mantrą karmiąc elipsy jednotorowości
Wielokrotnie wypowiedziane kłamstwo staje się prawdą.



Alabaster zabliźnił oczekiwania
Zatęchłe czerwienie zmyły kwaśne deszcze
Małe tęsknoty sparzyły mi przełyk bezsennością
I bez porywu
uśpionych tysiącem wspomnień płyt tektonicznych
Pakuję wszystkie przepocone poranki rozczarowań
Czujesz ?
Nadchodzi burza
Czubkiem języka zlizuję gniewne spojrzenia zieleni

piątek, 9 kwietnia 2010

W poblasku wieczoru rozbieramy ze wstydu nasze oblicza.
Chropowaci, porośnięci substancjami smolistymi wieczornych niepewności.
Poznajemy się delikatnym pomrukiem wyziębłych dłoni.
Smakujesz zagryzioną do krwi wargą zamyślenia.
Oddechem prowokującym zetknięcie naszych ciał.
Zamkniętą w klatce chodnikowego taktu fanaberią chwili.
Ekstazą skrytą za uniesieniem brwi.
Kwaśno, słodko, cierpko, słono.

Wilgocią znaczę ślady mojej obecności.
Bez słów które chciałbyś usłyszeć.
I których nie wypowiem.

Przecież sny nie trwają wiecznie.
A ja nie skłamię, że się nie boję.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Od niepewnego głaskania po twarzy wolę siarczysty policzek lub brak dotyku.
Głaskanie jest dla mnie chwilą zawieszenia. Jeśli już mam bytować w próżni to sama się w nią udam.

    
The only way to get rid of a temptation is to yield to it.

— George Bernard Shaw

środa, 7 kwietnia 2010

Zainspirowane

Przemyślałam, pomyślałam, wydedukowałam. Zainspirowana pewnymi pogaduchami i wnioskami przedstawionymi przez rozmówcę przyznaję rację : W moim ideale najpiękniejsze będzie to, że będzie posiadał wadę, której u innych nie będę potrafiła znieść, a u niego stanie się akceptowalnym czynnikiem. I nie uczyni to tej osoby w moich oczach mniej pożądaną. Bo gdyby nie miała chociażby jednej wady, stałaby się nudnym tworem pogranicza fantazji i rzeczywistości.


Więc niech pluje na chodnik, albo ma lekko zanoszący śmiech. Może nadużywać słów "no nie", lub uwielbiać sikanie na stojąco. Krzywe jedynki, nadmierne dbanie o fryzurę, noszenie krzyżyka na łańcuszku, lubienie śmietankowych lodów, klepanie mnie po tyłku przy znajomych, problemy z interpunkcją- zniosę. Może nie pisać na dobranoc, nie kupować kwiatów, zapominać o ważnych datach. Byle nie nosił białych skarpetek do pół łydki, nie używał mojej szczoteczki do zębów i nie nazywał mnie "cizią".

I kochał mnie zachłannie, łapczywie i boleśnie, aż bezdech i pękające żebra zdeformują moje serce.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Tak bywa

Bo kiedy Cię nie ma tonę w lepkości cukrowej waty.
Niebo gwieździste kradnie łopoczącego anatomią ptaka.
Łapczywie kąsane pory skóry chłoną porywy wolności.
Pęcznieją, szepczą, krzyczą, milczą.
Pękając plamią moralność marnotrawnego bytu. 
Giną w żarze gwałconych kontur świadomości.
Anomalia urywanego oddechu kotłuje i zawraca.
Wyrywa ze sparaliżowanych myśli przyzwolenie pieszczoty.

I kiedy Cię nie ma
Słonawy posmak napiętych ścięgien
usypia moje wygasłe spełnieniem pożądania.



niedziela, 4 kwietnia 2010

Pajęczarka II


Wczorajsze ucztowanie pokrzepiło moje siły i rozlało się ciepłem po kosmkach na tułowiu. Resztki zapasów ze spiżarni wystarczyły zupełnie. Lada dzień uzupełnię je. Słońce coraz odważniej przyświeca małym robotnikom a i w moich rejonach zaczyna panować przyjemne ciepło, wyganiające poranny chłód i wilgoć.
Spałam dobrze. Dreszcze przestały mną targać, przykurczając odnóża. Rankiem zbudzona przez biologię organizmu, wywołaną poczuciem obowiązku, rozpoczęłam rytualny obchód. Jakież było moje zdumienie gdy dostrzegłam, że pod paprocią, o którą wspiera się część mojej pajęczyny, spoczywa konik polny żując przy tym mozolnie trawę i mlaszcząc nieprzyzwoicie. Nitki dotknięte jasnością poranka migotały zielenią i błękitami tworząc na nim wzór ciekawy w obserwacji. Zatrzymana potrzebą przyjrzenia się zamarłam nieruchomo. Moment względnej ciszy, która nigdy nie panuje, pozwala mi wtedy wychwycić jak przystosowuję się do sytuacji. Do ataku, który atakiem miał nie być. Prostota reakcji jest czymś niepojętym i jakże irytującym.
Konik poruszył się nieznacznie i zamarł. Zapach zagrożenia zafalował ciężko wśród rześkiego powietrza i poniósł się ku niemu ostrzegając przed rychłym zgubieniem. I nim zdążyłam się przyczaić, nim zdążyłam sygnałem potraktować jegomość, aby został na chwilę i dotrzymał mi towarzystwa, umknął skokiem pełnym gracji dalej. Odwrócił łebek i przechylając go w  badawczym geście, spojrzał na moje pajęcze dzieło. Zapewne odraza królowała w jakże pustym umyśle tego prosto skrzydlatego, nim chwilę później poszybował ponownie. Piękny, mimo wszystko to był lot, pełen wolności.
Mogę jak i on, jednak bez wolności. Tylko niech już jesień złota pozwoli mi zatańczyć z moim babim latem. Otumaniona poczuciem niesprawiedliwości dokończyłam szybko obchód. Ckliwość do moich misterności zgasła. Lekkoduch nie przyniósł ulgi w tęsknocie za towarzystwem. Ocenił sytuację opierając się na pozorach.

Skorupa kiedyś z nich wszystkich zostanie. Chityna, resztki odwłoków i mikro-mięśni. Skorupa za życia i skorupa po śmierci. Kolej rzeczy uderzająca pretensjonalnością tego cyklu.

To co najważniejsze

Sośniany zapach żywicy. Odurzający, drażniący nozdrza, wywołujący zawrót głowy. Ostatni krzyk równo poukładanych, czekających na wywiezienie do tartaku bali. Kilkadziesiąt lat egzystencji sprowadzonych do symetrycznego kopca i opadłego dookoła okorka. Szum lasu gwałconego nazbyt porywczym wiatrem, niosącym przetrwanie gatunku jak i zniszczenie. Monumentalny taniec obłoków. Odgłos kroków na ściółce, miarowy oddech, wyimaginowana cisza.
 
Tętent myśli, galop wspomnień, rżenie niepewności. Codzienne błahostki. Małe radości i duże dylematy. Gniewne spojrzenia, ściszone głosy, podniesione krzyki, westchnienia wyczerpania. Irytacje, uśmiechy, upadki. Gwieździste niebo, wiosenny deszcz, październikowe zachody słońca. Las, miasto, rytm tygodnia i czyjaś ciepła dłoń. Cud codzienności.
 
 „Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.”
 
- Richard Dawkins
 
Rozplatanie tęczy