BARDZO PROSZĘ O NIE KOPIOWANIE TREŚCI ZNAJDUJĄCYCH SIĘ NA BLOGU, PRÓCZ CYTATÓW, FRAGMENTÓW PIOSENEK LUB ZDJĘĆ.

środa, 31 marca 2010

Ostatnio dobrze sypiam. Krótko, intensywnie, głęboko. Pewnie spokojnie oddycham jak dziecko, pewnie nie wiercę się w łóżku, pewnie nie mówię przez sen. Przebudzenia są przyjemne, uchylone powieki wypoczęte. Bez przerażających tworów wyobraźni, samozniszczenia, bezkompromisowych wspomnień przemycanych do świata ciemności.

W takie dnie pieszczoty  poranka bywają delikatne, nienachalne, ekstatycznie niezapomniane.
Kawa stygnie, cisza mnie karmi, szarość za oknem. Świadomość przyjemna w lekkości bytu i nieugięte cyfrowe blaty oczekiwania.
Jest cudnie.

wtorek, 30 marca 2010

Postanowienie, życzenie, marzenie (nie)noworoczne

Dla następnej osoby nie będzie panaceum ani plastra.
Będę Ja.
Zapisana kartka, która stanie się tą pierwszą nowego rozdziału.
Czytana z zapartym tchem.
Z pragnieniem by dopisać ciąg dalszy.
Po prostu.
Bez ustępstw, spolegliwości, małych kruczków.




"Każdy wybiera swoje własne wojny."
— Harlan Coben
Obiecaj mi

Ciąg przyczynowomyślowy

Opętanie, zawieszenie, zniewolenie
Śladowe ilości orzeszków arachidowych
Zapach zielonego jabłka
Smak cynamonu
Konsystencja błota
Kolor piasku
Trwałość skały
Miękkie ciepło

Nieuwaga, rozczarowanie, zażenowanie
Miewasz tak wiele imion.


czwartek, 25 marca 2010

Psychosomatic world

W psychosomatycznym świecie obowiązuje stagnacja populacji. Stan ten wkradł się i tutaj jakby był czymś najnaturalniejszym. A może jest ?

Piątkowy targ niedaleko biura, przywóz pieczywa do sklepu obok o 8:06, poranna kawa i codzienne migracje ludności do pracy. Każdy szczegół przypomina o zachłannej zwyczajności, która nieograniczonymi ramionami obejmuje wszystko włącznie z moim małym półświatkiem. Nawet wiosna, ta która nadchodzi i nadejść nie mogła, pozostaje taka sama dla wszystkich.

Moje poranne wędrówki zakrząta myśl, że chciałabym ją egoistycznie skraść. Bez pardonu, mieć ją tylko dla siebie.
Pierwsze pąki, błoto na podwórkach, ptasie oznaki przebudzenia, brudne po zimie okna, suki w rui, kurtki zastępowane płaszczykami, chłodne deszcze, sąsiada wymiatającego z ogródka znużenie, pyłki brzozy, powiewy świeżości, suchość dróg, zmęczenie trawy, nazbyt odważne pędy, niezrażone przymrozkami i zapach nadziei. Lekko ostry, dawkowany równym oddechem, duszący, gdy próbujesz go przyswoić haustem.

To wszystko a tak niewiele gdy zdajesz sobie sprawę z niepodzielności dóbr. Gdy ich ogólnodostępność zabija je ignorancją pozostałych.
Chłonąć, chłonąć, chłonąć, doświadczyć w tłumie zbiorowego zastania i celebracji majestatu przyrody.

Tak, wtedy mogłabym się podzielić wiosną.
Zadanie domowe : Człowieku zagoniony, zatrzymaj się na chwilę i doceń to, co cię otacza.




środa, 24 marca 2010

Wyblakły juz jesteś

Człowiek pamięta chłody, wyziębienia skóry, białe płatki śniegu, parę uciekającą z czajnika. Opisuje, kreuje, przywołuje te stany we wspomnieniach. Wyrzuca ciepłotę ciała, gryzące komary, zmęczenie upałów.
Nie było wtedy ciepło, zimno też nie. Było nijak.
Herbata, którą mnie częstowałeś była za słodka i z cytryną. A tyle razy mówiłam, że nie mogę cytrusów.
Chciałam się wtedy w kimś zadurzyć. Pustka raziła swoją obecnością nieustannie, aż ulokowałam pragnienia przypadkowo. Jak oślepione zwierzę uciekające przed niebezpieczeństwem, którego nie ma.
Oczekiwanie na przystanku na autobus, który nigdy się nie spóźnia. Tak powiedziałeś nim twoja dłoń oplotła moją  kibić. Zaczepność zamknęłam w uniesieniu brwi i pytaniu czy coś chciałeś.

- Moje oczy chciały.

Prozaika i banalność słów wydała się taka piękna w wykreowanych tęsknotach. Twoje usta były spięte i lepkie. I kiedy drgnęły tuż przy moich, muskając prywatność ostateczną chciałam żeby pachniały truskawkami. Żeby miały ich kolor lub chociaż nimi smakowały.
A przecież ty nie jadałeś truskawek.
A przecież ja nawet nie pożądałam tej bliskości.
Czar chwili dla obolałego serca bywa boleśnie zwodniczy.






wtorek, 23 marca 2010

Mieć uczucie, że się jest spętanym, a równocześnie inne uczucie, że po uwolnieniu z pęt byłoby jeszcze gorzej.
— Franz Kafka
Za oknem słońce, ogromna kula cudu. 
Tempo rośnie.

Stop. Przewijam do tyłu i puszczam w głowie recording. 
Kolejna kaseta wspomnień nagrana.






niedziela, 21 marca 2010

A miało mi nie wiać w oczy

Jestem dziś nie swoja, nie Twoja, niczyja.
Bury kocur przeciął rano moją drogę. Miał być czarny, tylko natura zakpiła okrutnie.
Stado chmur uformowało klucz nad zabieganymi głowami.
Zmokłam, stopiłam się pod spojrzeniem obcych, z wodą spłynęłam do studzienki kanalizacyjnej. Błoto w butach, strach na wróble w głowie, niestrawność bytu.
I nie powiem, że jutro minie.
Nie lubię kłamać

piątek, 19 marca 2010

Nie żałuj, nigdy nie żałuj, że mogłeś coś zrobić w życiu, a tego nie zrobiłeś. Nie zrobiłeś, bo nie mogłeś.
— Stanisław Lem
Szpital przemienienia
 
 
 
 

 
 
 
Oddychasz
inaczej gdy teraz jesteś przy mnie

Letargiem marmuru okryłeś lepkie wargi
Pory skóry wyblakły zapachem codzienności
Opuszki sparzone szkłem nie drażnią szorstkością

I gdy odwracasz twarz
W zbyt flegmatycznym zawstydzeniu
bądź narowistym oddaniu się myśli

Wciąż pamiętam wzgórze twoich dłoni
na moim podbrzuszu

czwartek, 18 marca 2010

Myśli kontrolowane

Żyjemy w świecie iluzji. Szarych bloków, szarych dni, szarych ludzi. Im należy dawać to czego oczekują zamiast prawdziwych, niemożnych do zniesienia tachykardii i niepewności słów i gestów.

Żyjemy w świecie, w którym brak maski na balu karnawałowym jest jedynie klasycznym faux-pas ale brak jej w codzienności to już rażący nietakt.

A ty ? Którą maskę dzisiaj założysz ?
A ty ? którą chcesz bym i ja dziś spoiła ze swoją skórą ?
Ile w naszych słowach jest prawdy ?
Ile w prawdzie pięknie ubranych słów ?






wtorek, 16 marca 2010

"Niebieskie koperty

Mając dziewiętnaście lat wkroczyłam w świat słowa przelanego za pomocą ciągu liter na papier. Erystyka w pracy dziennikarza pochłonęła resztki moich rozczłonkowanych myśli. Myśli podzielonych między kolejnymi wykładami, nazwiskami profesorów i pragnieniem pisania w przyszłości w celach zarobkowych. Zasypiając o trzeciej nad ranem, po pracy na nocną zmianę w barze odczuwałam spełnienie. Często na chwiejnych ze zmęczenia nogach, sporadycznie z promilami, które buzowały w żyłach docierałam do materaca, mającego być zamiennikiem łóżka, które zostało w rodzinny domu. Momentami  bezsenność dotykała mnie swoimi zimnymi i śliskimi mackami. Pozwalałam jej na ten akt bezcielesny odnajdując w niej sprzymierzeńca. Minuty tworzące spójną godzinową całość, stawały się czasem użytecznym, spędzanym na rozmyślaniach bądź czynnym udziale w spełnianiu zamierzeń. Zrozumiałam, że te niczym niezapełnione nocne oczekiwania na sen, gdy mimo ciepłej kołdry nie potrafisz zapaść w niebyt, są swoistego rodzaju darem. Czas płynie wtedy wolniej a miasto nocą nie uderza w twarz bezosobowością. Pragnienie podzielenia się swoim, jakże prozaicznym, odkryciem pchnęło mnie w jego ramiona. A może to on mnie w nie wciągnął pozwalając myśleć, że było inaczej. Ambitny i cyniczny, nie potrafił stworzyć spójności ze swoją wrażliwością. Ceniłam jego osobowość kawałkami, starając się nie dopuścić aby zlała się w całość.
 Aryeh nigdy nie notował tłumacząc się wyższymi wartościami. Całkowite skupienie uwagi na wykładzie uznawał za priorytet. Wybrał mnie. Stałam się jego dostarczycielem notatek, które pożyczał i kserował sumiennie. Prozaiczna znajomość mająca na celu zaspokojenie potrzeb jednej ze stron. Z upływem dni, tygodni, miesięcy  zaczęło mi schlebiać jego spojrzenie, którego coraz odważniej poszukiwałam w tłumie studentów. Jego kolano zetknięte z moim w trakcie wykładu, jakby taki stan rzeczy pozostawał najnaturalniejszym w świecie. Moje odważniejsze stroje. Głębsze dekolty, krótsze spódnice. Dla niego, nie dla innych. Zaproszenie do kawiarni. Nie było maja, była zima, śnieg i potworny chłód. Mróz szczypał w policzki, płatki śniegu siadały na włosach przechodniów bez czapek i na moich. Szarpnięciem za klamkę otworzył mi drzwi do lokalu. To ja wybrałam stolik, miejsce, temat rozmowy. Przy wyjściu wraz z ostatnimi klientami i właścicielem wsunęłam swoją dłoń w jego. Była ciepła, lekko spocona. Pociągnęłam go w noc oświetloną latarniami. Nie protestował, oddychając coraz szybciej gdy biegiem dotarliśmy do ciemnych uliczek. W milczeniu przerywanym skrzypieniem butów na zmrożonym śniegu, pokazywałam mu te najpiękniejsze miejsca. Czerwony skrawek ciepłej rękawiczki chroniącej moją dłoń, co chwila migał na tle granatowego nieba, bieli otoczenia i szarości budynków. Kiwał głową jak piesek przy tylnej szybie samochodu. Kontemplował ? A może milczał, bo wypadało. Tego wieczoru kochaliśmy się na moim materacu, rozgrzani malinową herbatą, z rumieńcami na policzkach. Rozgrzani ciepłem ciał, z kroplami potu na czole, ze spierzchniętymi od pocałunków ustami. Nie został. Wielokrotnie później wychodził ode mnie nad ranem, żegnając się pocałunkiem w czoło. Po ojcowsku, wedle schematów w które wtłoczyło nas rodzinne wychowanie. Wciąż łączyły nas notatki. Stały się dodatkiem do wspólnych rozmów i kłótni,  celebrowanych później urywanymi jękami, które tężały w wypełnionym erotyzmem powietrzu. Mrużenie oczu, ślady moich paznokci na jego plecach, jego obecności we mnie na pościeli. Aryeh często milczał, celebrując ocieranie się o rzeczywistość w towarzystwie drugiej osoby. Często krzyczał a na jego skroni drgała wtedy mała żyłka. Prawie zawsze stawiał na swoim, okradając mnie z oburzenia, łobuzerskim błyskiem w oku. Zakochane kundle biegały po skwerach gdy nadeszła wiosna. Nie goniłam ich, nie ganiłam za szczekanie pod moim oknem. Byłam jednym z nich.
Po licencjacie zabrał mnie na Mazury, przedstawił rodzinie, kupił bukiet kwiatów i klękając na jednym kolanie nocą, przy jeziorze przypieczętował siłę naszego bycia. Wśród chmary komarów, chichotaniu nastolatków w krzakach i upale nocy letniej powiedziałam „tak”. Nie było romantycznie.
Po magistrze zlikwidowaliśmy nasze książeczki mieszkaniowe i wykupiliśmy  własny kąt. Pewnego dnia, bez uzgodnienia ze mną stanął w drzwiach z dwoma robotnikami. Bezpardonowo, nie reagując na moje zdziwienie, wniósł do domu kartony w którym znajdowało się, później przez niego skręcone, nasze łóżko. Nigdy nie pytał mnie o zdanie w kwestiach zdałoby się dla niego najważniejszych. Gdy dwa miesiące później oznajmił mi, że wyjeżdża do Iraku jako dziennikarz wojenny jego decyzja była nieodwołalną. Krzyczałam. Zabraniałam. Płakałam i odsyłałam go do diabła. Nie kupował czekoladek na przeprosiny, nie próbował tłumaczyć, nie zamiatał potrzaskanych talerzy i kubków. Milczał. Nie powiedział nic, nawet gdy na lotnisku z dłoni zsunęłam pierścionek i położyłam na jego otwartej dłoni. Z naszego związku zatrzymałam mieszkanie. Mogłam jego. Wielokrotnie próbowałam. Chyba za słabo.

Dwa lata później, listopad 2005
Zaproszenie leżało na środku stołu. Ściągało wzrok. Zapaliłam kolejnego papierosa a wolną dłonią sięgnęłam po nie. Opuszki starannie zaczęły gładzić delikatny papier. Litery układały się w słowa.
„Mają zaszczyt zaprosić na ślub, który odbędzie się …”. Czas płynie szybciej niż woda, choć wielu właśnie do wody go przyrównuje. Od naszego pożegnania na lotnisku przemknęły mi między palcami dwa lata. Może zbyt mocno je rozczapierzyłam, może powinnam je ścisnąć i nie pozwolić uciekać chwilom. Od ostatniego spotkania z nim minęło trzy i pół tygodnia, od listu 4 dni. Za długo, zbyt dużo sekund wypełnionych czekaniem.
- Dwunasty styczeń. – Data wypływa z moich ust obrzucając ciszę dźwiękiem. Przymykam oczy zaciągając się dymem papierosowym. Nikotyna przylepia się do miękkiej tkanki dróg oddechowych, owija wokół niej pieszcząc delikatnie zabójczą trucizną. Tak, Aryeh z pewnością będzie wymarzonym panem młodym.

14 Marzec 2008
Nadeszła kolejna wiosna. Czas narodzin. Zmęczona natura, zmęczeni zimą ludzie. Pierwszy pęd wybija się na poszarzałej gałązce. Niezauważony samozwaniec zwiastujący swoim przetrwaniem, że to już ten czas. Udowadniający pobratymcom możliwość istnienia. Świat gna w codzienności. Zapachy nabierają wielorakich znaczeń. Hormony i endorfiny bez uzasadnienia rozpoczynają wędrówkę w organizmach, nie przeczuwającego niczego tłumu. Powoli, z namysłem: czy aby nie za wcześnie ? Powracają do życia, ze stanu wegetacji, parkany, łąki i drzewa. Soczysta zieleń puchnie pod powieką nakrywającą zmęczone intensywnością barw oko. Zapach trawy uderza w nozdrza. Jeszcze kilka tygodni. Intensywność barw zacznie blednąć pod naporem upalnych dni i coraz cieplejszych nocy. Siła splecenia ciał kochanków osłabnie. Zgaszony chlorofil przestanie cieszyć kolorem. Śpiew ptaków, zdawałoby się tak wesoły, stanie się monotonicznym wrzaskiem a względny spokój i znużenie ponownie zawładną ziemskim padołem. I spódnica już nikogo nie zdziwi i ciała opalone zleją się w plamę złotej ropy unoszonej chodnikową falą popołudnia.
Ósmy przystanek. 17:26. Prześlizguję się w tłoku i opuszczam autobus. Pani w okularach, z czerwonymi oprawkami, prycha pogardliwie, dając do zrozumienia, że mogłam chwilę wcześniej rozpocząć swoją wędrówkę ku drzwiom. Chodnik pozwala mi złapać grunt pod nogami. Kilkaset metrów których nigdy nie odmierzałam. Cień budynku naprzeciw, osłaniający bramę kamienicy w której znikam. Pan Staszek pozdrawia mnie z drugiego piętra przez okno. Odmachuję mu w geście lokatorskiej solidarności, chcąc uniknąć odbijania się mojego głosu, echem wśród murów. Półmrok na klatce nigdy nie pozwolił mi się do siebie przyzwyczaić, mimo to schematyczność moich działań, powielanych codziennie, pozwala mi na obcowanie z nim. Gładki papier kopert zostaje opleciony silnym uściskiem opuszków. Bank, bank, rachunek za telefon, niebieska koperta. Pochyłe pismo, specyficzne „S”. Serce uderza w żebra gruchocząc moje myśli.
- Aryeh – Wilgotne słowo przylepia się niczym mantra do zaschniętych ust. Powtarzane wielokrotnie aż do drzwi mieszkania. Dłoń nie drży a zamek wcale się nie zacina. W przedpokoju wysuwam zmęczone obcasem, stopy z butów. Klucze mają swoje miejsce, torebka ma swoje miejsce, czajnik na kuchence, czekający, aż odkręcę pod nim gaz i nastawię sobie wodę na herbatę, też ma swoje miejsce. Tylko ja nie potrafię go odnaleźć. Miejsca. Nie czajnika.
17:50
 Rytuał zostaje zachowany, bez zbędnego bezczeszczenia jego kolejności. Kiedy już w dłoni dzierżę kubek a garsonkę zastępują jeansy siadam przy kuchennym stole. Autor, charakter pisma, koperta. Wszystko to samo. Jedynie treść się zmienia. Imiona poznawanych ludzi, słowa wyrażające emocje, sytuacje w jakich się znalazł, kolejne daty kiedy wraca. A potem moje kolejne noce niecierpliwego oczekiwania. Kolejne nigdy nie wypowiedziane  słowa tęsknoty, kiełkujące wśród myśli wyprodukowanych ponad normę.
 Zawartość niebieskich kopert bez względu na ich obfitość czytuję kilkakrotnie. Czasami płaczę, szlocham, kwilę, lub celebruję jedynie słonawym smakiem ciszę. Potem czeszę włosy, jakby ich sposób egzystencji w nieładzie kłócił się z moimi przekonaniami. Nigdy nie wyrzucam listów. Od nikogo. Nigdy nie mieszam listów. Niebieskie koperty mają osobne pudełko, małą świątynię wśród ulubionych książek, kadzidełek i szklanej kuli z pęcherzykami powietrza. Pudełko otwieram raz w roku, czytam wszystkie przysłane wieści na nowo, zamykam. Nauczenie się Dziesięciu Przykazań na pamięć, nie gwarantuje nam, że je zrozumiemy.

29 Marzec 2008
Nigdy nie miałam dość czasu aby przyzwyczaić się do sińców pod jego oczami. Nigdy mi tego nie nakazywał aprobując moje kiwanie głową na znak niezadowolenia. Wytrzymywał  każde spojrzenie topiąc je w szarości swoich źrenic. Parzył język i klął cicho pod nosem, że kawa za gorąca. Studiował moje rysy. Kelnerce zostawiał napiwek i złożoną w łabędzia serwetkę. Otaczał mnie na pożegnanie ramieniem silnym i zachłannym.
Wczoraj znowu kiwałam głową. Kilka godzin lekkości  rozmowy dwojga starych dobrych przyjaciół. Telefon od jego żony, że czeka z kolacją. Jego przepraszający wzrok, moje „nie ma sprawy”. No tak żona, nie ja… Znowu napisze, znowu wróci. Obiecał, zawsze obiecuje. Zawsze dotrzymuje obietnic.
Znowu czekam. Zawsze będę czekała.

Kwiecień 2008
Wieczorem w wiadomościach podano informację o zamieszkach w Iraku. Strach pobladł na zagryzionej wardze, pokój zawirował jak karuzela w wesołym miasteczku. Czy tylko mnie ten fakt tak zmartwił ?

Maj, czerwiec, lipiec.

Sierpień
Urywany, krótki dzwonek do drzwi. Krzyk mewy nad morzem, przegonionej z plaży przez miejskie stopy. Przez brak poszanowania dla natury. Nie tylko w filmach bliskie nam osoby zapowiadają swoje nadejście jakimś sygnałem. Każdy lubi myśl, że osobie po drugiej stronie drewnianej bariery drżą dłonie, rośnie puls i serce podskakuje kłócąc się z rozumem, o swoje chwile szaleństwa. Upalne wieczory nie pozostawiają chłodu na ciele. Rozgrzani ciepłem tężejącego powietrza i własnymi pragnieniami ludzie obijają się o siebie, chcąc przetrwać kolejne dni.
Potrząsa głową, uśmiecha się do siebie wstając z krzesła. Czy gdyby na powitanie mu powiedziała, że siedziała przy stole z założonymi rękoma, wyśmiałby tą jej próbę cierpliwości ? W samej sukience podchodzi do drzwi i spogląda przez judasza. W tym krzywym zwierciadle Aryeh wydaje się być taki śmieszny. Szerokie ramiona i duża głowa. Złączone, maleńkie nogi w wypranych jeansach. Opiera na chwilę głowę o drzwi a oddech przyspiesza, pozostawiając na karminie ciepłą i zdałoby się wiotką otoczkę. Nagle siła uderzenia w drzwi odrzuca ją z przestrachem. Regularne, równomierne walenie…

Otwieram oczy. Pościel mokra, za oknem aksamitna czerń i nienaturalnie wielki księżyc. Ręcznikiem leżącym przy łóżku przecieram spoconą szyję i twarz. Stopy zderzają się z chłodem paneli. W drzwiach stoi przerażona sąsiadka, prosząc abym zawiozła jej dziecko do szpitala. I myśl okrutna. Dlaczego Ja ? Nawet jeśli to tylko złuda, to chciałam pozostać w tym śnie.


Wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń, luty…


25 Marzec 2009
Minął prawie rok. A może nie ? Straciłam rachubę. Dni, tygodnie, miesiące. Jakie to ma znaczenie bez Niego ?
Deszcz nie pada. Zapalam znicz. Nagrobek nijaki, tylko te słowa „Zginął śmiercią tragiczną”. Nienawidzę kwietnia. Nie przetrwam go. Nie wiem jak.

Są miłości do których można by doczepić jedynie karteczkę „za późno”. Są miłości które zabijają.



- zamieszczone na prośbę M.

"Wymyśliłam cię"

Mam ochotę na lody, na ciepłe dłonie otulające szorstkością chłód moich opuszków.
Na uśmiech z dziurką w policzku, plac zabaw, zastanie przy parkowej ławce.
Na zieleń tęczówek w latarnianym blasku wieczora.
Pożegnania te zwyczajne. Tęsknotę.
Na dotyk przyzwalający, zniewolenie intymności.
Na spełnienie moich gniewnie rozczapierzonych myśli, w których rozbierasz mnie ze wstydu.

Za oknem pada gęsty śnieg.
I nie powiem ci jak bardzo chcę dziś być Twoja.
 Przecież jedzenie lodów zimą jest niedorzeczne.

niedziela, 14 marca 2010

Pajęczarka

Dwa dni temu spotkała mnie straszna ulewa. Wiatr osłabił fundamenty mojego prowizorycznego schronienia, nazywanego przez innych wielkodusznie domem. Więc niech będzie. Dom mój został niemalże doszczętnie zniszczony a resztki, które przetrwały niczym kamień węgielny, wciąż toną w malejących, z dnia na dzień pod wpływem promieni słonecznych, kroplach. Od dwóch dni nie potrafię zasnąć ,wdrążona w świat wspomnień z czasu ulewy. Przymykam zmęczone oczy i wciąż czujnie nasłuchuję odgłosów nocy. Chłód schodzi coraz niżej po gałęziach, gdy w mojej głowie powraca ten wyimaginowany obraz, oparty na zmyśle słuchu. Żuki, mrówki i wszystkie inne mi nieprzychylne stworzenia poczęły ewakuację do ściółki bądź pod korę drzew
i tam w letargu usiłowały przetrwać. Nasłuchiwałam deszczu samotnie spoglądając jak natura wraca do równowagi. W tych miarowych uderzeniach o liście wybijał się dźwięk cichy i szemrany, który dosłyszeć mogłam w momentach względnego spokoju ze strony wiatru. Spowolnione rycie korników pod osłoną drewna, drążenie korytarzy w słojach pni. Niecierpliwe postukiwania chrabąszczy i ocierania ich chitynowych pancerzy o korę. Próby brzęczenia w ulu zawieszonym nieopodal mojej pajęczyny. I wtedy zrozumiałam ich szczęście i smutek. Smutek z niemożności wyłączenia się z tej zbiorowości i szczęście jakie posiadają
i którego nie potrafią dostrzec. Posiadając wokoło pobratymców i mogąc obcować z nimi zapomnieli jak to dobrze mieć kogoś. Wszak tkanie pajęczych sieci to żmudne zadanie nawet jak dla mnie, wyrobionej po dekadach przyzwyczajeń i doświadczeń. Nuda mi wtedy doskwiera i dłuży się robota. Nucę sobie coś czasem, łatając kolejne uchybienia w misternej plątaninie. Czasem wpadnie mucha, miota się bzycząc żałośnie. Zafascynowana oglądam ten taniec wydzierający z niej ostatnie siły życia, słucham tego dźwięku przekonana, że przemawia do mnie. W przyczajeniu, na ugiętych odnóżach czekam i chłonę ten piękny spektakl. Tylko dla mnie.

Po ostatnim deszczu „lataki”, jak określam je pieszczotliwie, nie błądzą w moich rejonach. Zbyt tu jeszcze wilgotno, zlepiły by sobie skrzydła, ocierając się o chlorofil. Wypełniłam już ubytki a dzisiaj z naciskiem przemieszczam  się po nowej, wzmocnionej konstrukcji, w celu strząśnięcia ostatnich kryształków wody. Kiedy ponownie poczną zniżać loty będę gotowa. I znowu w ekstatycznym tańcu utonie moja ofiara i ja, jej wierny na kilka chwil wielbiciel.

sobota, 13 marca 2010

Wyliczanka

Wysoka, szczupła, naturalna blondynka z niebieskimi oczami, których spojrzenie było podkreślone delikatnym makijażem. Miała drobne piegi, prosty nos, twarz w kształcie serca, lekko zadarty podbródek i duże usta. Nie wydatne a duże. W czerwonym płaszczyku zajęła w autobusie miejsce tuż za drugimi drzwiami. W tłumie nijakości przyciągała wzrok. Zjawiskowo piękna, spoglądająca za szybę.

A mimo to przez chwilę myśl niespokojna ogarnęła mój umysł.
Że idealne dopasowanie wrażliwego charakteru do jej osoby jest błędem.
Że jest zadufaną w sobie i pustą osobą, z którą nie ma o czym porozmawiać.

Dziewczyna dłonią przeczesała złociste pasma. Otworzyła torbę spoczywającą na kolanach. Skórzaną
w cielistym kolorze, trochę podniszczoną (taką, jaką kiedyś dała mi moja mama). Jej drobne palce wyjęły z niej książkę. "Oskar i Pani Róża".

Moje sumienie zostało skarcone.

piątek, 12 marca 2010

Tak ciężko się zasypia gdy głowa nabita słowami. Kołdra za ciepła, materac zbyt twardy, latarnia za oknem bezczelnie zagląda do środka, rozpraszając myśli.  Poczwary wymykają się. Pełzną po ścianach, wchodzą
w szczeliny i uśmiechają złowieszczo w oczekiwaniu na mój ruch. Nie robię nic. Zaciskam kolejny raz powieki i liczę do stu wyobrażając sobie barany. Czarne, pokrzywione, z bezosobowym spojrzeniem.

Podejmowanie decyzji bywa trudne.




Kiedyś
Otulona stęchlizną herbaty
i gorzkim bezsłowiem
Powiem ci prawdę.

Spowiedź oczyści pulsująca poczwarkę
Rozszerzą się źrenice strachu
Zakołatają zastawki udawanego niespodziewania

I kiedy napęcznieją słowa
I kiedy uniesiesz nieboskłon brwi
I kiedy huragan zmiecie oczekiwanie

Pomiędzy moim a Twoim oddechem, nie będzie Nas.

Kiedyś
przemilczę sąd ostateczny

środa, 10 marca 2010

Piję do lustra

Załamany półmrok filtruje się przez prawie puste szkło butelki. Zajączek na ścianie.
Pierwsza odzywa się współtowarzyszka z tafli.

- Masz takie zamyślone oczy
- Czy wiesz, że wódka zawsze bardziej smakowała mi z sokiem porzeczkowym ?

Unosi równomiernie ze mną kieliszek. Bez toastu.
Uroniła kilka kropel drżącą dłonią. Ślad na moim t-shircie.
Śmiejemy się. Głośniej. Milkniemy. Rozlewam resztki przezroczystej cieczy. Patrzę jej w oczy. Uśmiecham lekko.

- Nic już nie mów. Upij się po prostu.
- I ten uśmiech. Bo zbyt wiele w Tobie przekorności.
- Wiesz jak to jest. Wiem, że doskonale wiesz. Nawet teraz w zamroczonym umyśle, sparaliżowanym etanolem czai się ta świadomość.

Gorycz mnie dławi. Milknę. Ona czeka cicho.

- Na czym to skończyłam ? Świadomość.  Trwanie w czymś co Cię wykańcza, bo nie potrafisz inaczej. 
I kiedy tylko otaczają cię inne ciała unosisz te cholerne kąciki ust, bo nawet tego nie potrafisz zmienić.
- Pachniesz smutkiem

Unoszę ostatni tego wieczora kieliszek.
- Za błędy.