BARDZO PROSZĘ O NIE KOPIOWANIE TREŚCI ZNAJDUJĄCYCH SIĘ NA BLOGU, PRÓCZ CYTATÓW, FRAGMENTÓW PIOSENEK LUB ZDJĘĆ.

czwartek, 24 czerwca 2010

Profil Kazki (z bliska)

Kazimiera, przez bliskich nazywana Kazka. Urodzona 13 lutego 1923 roku, lat 87, znaki szczególne: brak. Wzrost 152 cm, waga: wciąż rośnie. Siedem lat temu zapadł wyrok: Alzheimer, dożywotnio, bez szans na warunkowe zwolnienie.
Kazka ma błękitne wyblakłe oczy, od 12 lat te same sztuczne zęby i drżące dłonie. Ma również swój pokoik-celę z dużym łóżkiem przewiezionym z jej mieszkanka przy ulicy Krakowskiej, szafę na futra w które już się nie mieści, kilka szafek, fotel z fioletową kapą, lampkę nocną, stolik na herbatę, wieżę stereo i trzy storczyki. Jeden lila, drugi biały a trzeci kremowy. Storczyki u Kazki kwitną najpiękniej w całym mieszkaniu, mimo, że w porywach choroby podlewa je kilka razy dziennie. Kazka ma również swój karniak, 186 metrów kwadratowych, bo tyle liczy mieszkanie jej syna, który wziął ją do siebie, gdy zaczęła chorować. Ma balkonik, na który w ciepłe dni wynoszone jest dla niej krzesło z poduszką i ogródek w którym dopiero rośnie trawa, ale latem na pewno będzie tam przesiadywać. W formie zastępczej, jej wnuczka zabiera ją na spacery, na które Kazka nalega. Najpierw pół dnia chodzi i narzeka, że chce wyjść na spacer, potem pół spaceru narzeka, że bolą ją nogi i chce do domu. Czasem chce wychodzić sama. Do wymyślonej Pani która na nią czeka, do mieszkania na Krakowskiej, które już nie istnieje, do ludzi, argumentując, że jest przetrzymywana siłą. Dzieje się tak zazwyczaj w pochmurne i deszczowe dni, kiedy pogoda nie służy nikomu. Wtedy krzyczy potrząsając za klamkę, nazywa swego syna potworem, a do wnuków mówi Pan/ Pani i prosi ze łzami w oczach by ją wypuścili. Tak, Kazka jest wspaniałą aktorką, jednak po kilku godzinach męczy się i ugodowo idzie odmówić cały różaniec. Dlaczego różaniec ? Bo to forma wykupienia: „Babciu wypuszczę cię i pójdziesz gdzie chcesz, ale najpierw zmów cały różaniec”. Więc babcia rusza wtedy do swojego fotelika, siada i powtarza: Zdrowaś Maryjo, Łaskiś pełna. A po ośmiu koralikach zapomina, że chciała wyjść.
Kazka chrapie, chrapie okrutnie, budząc tym swoim chrapaniem nawet psa. Kazka prosi o herbatę i potrafi żądać. Tak, gdyby nie fakt, że trzeba ją wykąpać, ubrać, rozebrać, położyć, nakarmić, zaprowadzić, przyprowadzić i pomóc nawet w toalecie byłaby takim samym współlokatorem jak każdy. Ze swoimi zachciankami, zasadami, potrzebami i ulubionymi czynnościami. Bo najbardziej lubi słuchać Radia Maryja. Śpiewać głośno i razem z księdzem prowadzić całą mszę. Stąd wieża w pokoju. Stoi tuż obok fotela, a synowa zakupiła teściowej ogromne słuchawki z długim kablem, po tym jak teściowa vel Kazka wyrwała dwie wtyczki. Kazka lubi wstawać, gdy coś w radiu ją emocjonuje, lubi ruszać pędem w stronę kuchni, wyrywając wtyczkę słuchawek z wieży . Przybiega wtedy, staje w progu zwracając uwagę siedzących wokół stołu i dzierżąc w dłoni nieszczęsną wtyczkę, a na głowie mając ogromne niczym DJ słuchawki, przybiera groźną minę. Wtyczka idzie w ruch, potrząsana dłonią. Góra, dół, góra, dół. Rozmowy cichną, a głowy zebranych kiwają się rytmicznie jak słynnym pieskom przy tylnych szybach. Patetyczna hipnoza i nagły karcący głos Kazki, niczym grzmot z Nieba: Módlcie się poganie. Obserwujący wzdrygają się, a ona robi obrót i swoim babcinym truchtem wraca do pokoju. W kuchni pada pytanie: „Kto pójdzie podpiąć DJ-babie z powrotem słuchawki ?” Wnuczek 1 , wnuczek 2 lub wnuczek 3 w zależności od tego, który był świadkiem sceny wstaje i wędruje do Kazki. A ona już spokojna uśmiecha się i dziękuje za pomoc.
Kazka jest pomarszczonym dzieckiem, wstającym o ósmej rano i żyjącym według harmonogramu. W lepsze dni, siada przy stole w kuchni wraz z innymi. Rozmawia, śmieje się i ze smakiem pochłania kilka kawałków ciasta. Głaszcze wnuki po policzkach i wciąż powtarza: „wnusiu a gdzie się uczysz ?” i słysząc piętnasty raz tę samą odpowiedź odpowiada: „ale fajnie”. Bo Kazka to babcia nowoczesna i słowo fajnie, nie jest jej obce. Kazka nie nosi również spódnic i lubi pizzę, mimo, że później narzeka na zioła pozostałe w sztucznej szczęce. Czasem płacze, prawie bezgłośnie, opierając czoło na prawej dłoni. Kiedyś podsłuchałam pod drzwiami pokoju, jak prosi Boga by zabrał ją do siebie. Nie weszłam, bałam się.
Przeżyła swoje życie najlepiej jak umiała, a mimo to, pośród najbliższych jej osób cierpi. Nie z powodu choroby, tylko samotności w której Alzheimer ją zamyka.

Przemyślenia na temat. Czyli sąsiedzkie usługi.

Czechy. Kraj "Złotego Bażanta" i termalnych źródeł. Pełen zagranicznych turystów i polskich turystek. Mają osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia parę lat. Z  Podhala, Śląska, Mazur lub północy Polski. Studiują, niektóre pracują. Różni je wiele, a łączy test ciążowy, dokumenty od ginekologa i kilkaset złotych w torebce. Wsiadają do pociągu w którymś tygodniu lub miesiącu ciąży. Wracają, lżejsze o kilka lub kilkadziesiąt gram. W samym kraju przebywają niewiele, tyle ile potrzebne jest by poddać się zabiegowi aborcji, bo przecież w Polsce to nielegalne. A Czechy ? Istne  błogosławieństwo ze zniżką za okazaniem legitymacji studenckiej. Już od trzystu złotych można pozbyć się kłopotu. Moralność zostaje na granicy, która przecież już nie obowiązuje. Wszystko da się szybko i sprawnie za taniochę załatwić. Taka jest okrutna prawda, a tamtejsi lekarze zacierają ręce, że też nikt wcześniej nie wpadł na to by dawać  zniżki, przecież wtedy i klientela zadowolona poleci dalej. Jak kilogram pomidorów na targu we wtorki i soboty. Tyle, że tutaj mowa o usłudze, której nawet w weekend uświadczysz. Usłudze niestety ostatnio coraz popularniejszej wśród młodych, niedoszłych mam. Nie, nie krytykuję, daleko mi od tego, ubolewam jedynie nad sposobem postrzegania, przez młode dziewczyny, owej instytucji u naszych sąsiadów. Fora puchną od rozmów tych, które są po i polecają, jak i tych, które są przez polecające zachęcane, bo wciąż nie mają pewności co do swoich decyzji. Problem był , jest i będzie, a studentki wciąż będą wsiadać do pociągu ze spoconymi dłońmi i wracać każda z innym odczuciem. Wszystkie zmęczone, bo sam zabieg do przyjemnych nie należy. Ale najważniejsze, że już po i że świat nadal stoi dla nich otworem.  Bo to jedynie trzysta złotych. To jak kupno za te pieniądze nowego lub dalszego normalnego życia. Ale czy aby na pewno ?

piątek, 11 czerwca 2010

Skok wzwyż

Pobudka o szóstej rano. Nie, nie wyłączam hałaśliwego budzika. Wstaję. Zimna podłoga dreszczem przenika moje ciało. Szybki prysznic, kawa z chudym mlekiem, śniadanie w postaci kanapki chwyconej naprędce w rękę (jednak zawsze zrobionej ściśle według diety). Torba, strój, ręcznik, żel pod prysznic, kilka kosmetyków i sukienka. Czarna, koktajlowa. Parę minut na rozmowę z, dopiero co obudzonym, narzeczonym i jazda na trening.
Sala prawie pusta, tylko trener i Ja. Najpierw kilka ćwiczeń rozciągających i siłowych, rozgrzanie ciała poprzez sprint a potem już w kółko to samo: krótki rozbieg, mocne wybicie, chwila lotu i miękkie lądowanie na grubym bordowym materacu. Proste ? Z pozoru tak, jednak chwila nieuwagi może spowodować złe odbicie i strącenie tej cholernej poprzeczki wiszącej na wysokości ponad dwóch metrów. Jest dziesiąta trzydzieści. Pierwszy, drugi, trzeci błąd. Czerwieniejąca twarz pięćdziesięciolatka dyrygującego moim ciałem. Chwyta mnie za ramiona, wygina ciało pokazując jak ma być ułożone w decydującej fazie lotu, podnosi głos, w końcu zarządza przerwę.
Zawsze liczę do pierwszej setki. Każdy skok po kolei. Potem zaczynam się gubić. Tracę panowanie nad czasem, myślami, przestaję rejestrować podniesione głosy innych trenujących, którymi zapełnia się sala. Kilkanaście kroków. Czy można wśród szumu słyszeć tylko tyle ? Ja nauczyłam się tak słyszeć kilka lat temu. Słyszę tak codziennie, dopóki nie czuję uderzenia o materac. Dopóki nie wybija  czternasta.
Wszystko jak w grafiku. Prysznic, suszenie włosów, lekki makijaż. Dzisiaj czwartek. Jedni nie lubią poniedziałków, inni niedziel, ja nie znoszę czwartków. Szybkiego obiadu, powtarzających się obrazów za szybą, gdy jedziemy na konferencję prasową lub na spotkanie ze sponsorem. Zawsze w to samo miejsce.  Nie znoszę tych ciekawskich pytań dziennikarzy, błysków flesza, siedzenia prosto. Padają zazwyczaj te same pytania. Trener odpowiada na większość. Właśnie przytacza historię skoku wzwyż. Że był już od pierwszych igrzysk nowożytnych jedną z głównych dyscyplin, że do lat 50. dwudziestego wieku skoki oddawano z miejsca, że teraz jest rozbieg i pokonywanie poprzeczki w pozycji poziomej, plecami do podłoża, że dzięki temu możliwość osiągania wyższych wyników znacznie wzrosła. Bla, bla, bla. Słowa słyszane tysięczny raz, kupowane przez te dziennikarskie handlary wiadomościami. Nigdy nie pytają o najważniejsze a ja nie mówię. Po co, jeszcze piętnaście minut i skończy sie widowisko.
Znowu w drodze i  dwie godziny u masażysty. Nie mówi wiele, za co go cenię, po prostu dobrze wykonuje swoją pracę. Rozluźnione mięśnie pozwalają na swobodny oddech, jeszcze trochę. Dojeżdżam do domu. Czeka dietetyczna kolacja. Torba ląduje na podłodze, sukienkę zastępuje dres. Osiem lat temu wyjęłabym z zamrażarki lody i usiadła przed telewizorem. Osiem lat temu, no właśnie. Od tego czasu ten zwykły, stary zastąpiła plazma, a kanapę z łatami, skórzana sofa. Śródmieście, strzeżony parking, winda, pomarańczowe ściany i ciepłe ramiona otulające mnie w łóżku. Ciche chrapanie przy uchu, mój uśmiech w ciemności.
Nie mogę zasnąć. Ostatnio coraz częściej zastanawiam się jak najprościej można zmierzyć sukces ? Czy są to setki fanów na trybunach, tysiące na moim koncie ? Ilość autografów które rozdaję, te wszystkie prywatne wywiady. Zapytałam koleżankę, dla niej sukces to wysokość zaledwie 2 metry. A dla mnie ? Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż ciężar medalu na szyi. Tak, gdybym mogła zmierzyć sukces „ludzką” miarą, ważyłby jakieś 300 gram.
22:47 zasypiam spokojna.