BARDZO PROSZĘ O NIE KOPIOWANIE TREŚCI ZNAJDUJĄCYCH SIĘ NA BLOGU, PRÓCZ CYTATÓW, FRAGMENTÓW PIOSENEK LUB ZDJĘĆ.

piątek, 31 grudnia 2010

Bez poetyzmu, romantyzmu, pompatyzmu.

Staro-roczne podsumowanie ?
Wiele zmian, wiele upadków, wielokrotne wstawanie z kolan.
Ten rok przyniósł rozczarowania, ból, poczucie beznadziejności. Przyniósł mi także decyzje nieugięte, te trudne do podjęcia. Przyszło mi popełnić wiele błędów, za które musiałam zapłacić. Od odpowiedzialności, za kilka z nich, udało mi się uciec. Wśród niepewności, znalazły się dni szczęścia, radości i głośnego śmiechu.
Zmiana pracy, zmiana na studiach, zmiana w życiu osobistym. Pierwsze moje małe mieszkanko, pierwsze decyzje samodzielnej egzystencji. Fizyczne wykończenie, psychiczne zapory, gorzkie łzy i hartowanie ducha i upór. Wspomnienia te miłe, jak i te przykre. Chwile zadumy, chwile relaksu, chwile docenienia cudów tego świata, uniesienia i zawirowania . Szaleństwa i stawianie wszystkiego na jedną kartę. Poczucie dumy z własnych osiągnięć. Ogromna siła woli. Chwile zwątpienia.

Piękny spóźniony prezent na Mikołaja. Jeszcze cudniejszy prezent na Gwiazdkę. Te niematerialne, cieszące najbardziej (a przecież nie wierzę w Boga).

Miękkie i ciepłe słowa przyjaciół, zawsze kiedy było mi to potrzebne. Prozaiczne pogaduchy, od których robi się cieplej na sercu. Wygłupy i żarty.
I wreszcie poczucie bezpieczeństwa i tego, że jest się na właściwym miejscu. Bez względu, na to co było. Bez względu na to, jak dalej wszystko się potoczy.


Nie żałuję niczego.
Bagaż porażek zostawiam za drzwiami. Bagaż doświadczeń zabieram w dalsze dni.

Nie zacznę teraz, sztampowo, dziękować poszczególnym osobom. Ci co mają wiedzieć, wiedzą.
Ograniczę swoją wylewność do kilku słów w stronę jednej osoby.

Leonowi - za wszystko i za drobiazgi. Za szczerość, za codzienność. Za to, że jest. Zawsze.

Malena.

PS: Wszystkim lepszego Nowego Roku. Gorzej zawsze być może, aczkolwiek nie musi. Abyście nie żałowali minionych chwil i podejmowanych decyzji, bo życie jest na to zbyt krótkie, a każdy niuans kształtuje to, jacy i kim jesteśmy.
Życzę Ci każdej następnej, z dołeczkami w policzkach
Ciemnookiej
Lubiącej gwieździsty widnokrąg wszechświata
Czysto fizyczny zachwyt, bez romantyzmu
Noszącej fuksję lub bordo na dużych ustach
Palącej cienkie, kobiece
Umiejącej pić wódkę
Uśmiechającej się tak, jak lubisz
Mówiącej w sposób, który Cię fascynuje
Śmiejącej się dźwiękiem, który kochasz

Śnisz mi się ostatnio
Nie potrafisz mnie dogonić
I wiem, że już czas, by przestać czekać
Powoli wypalam nasze wspomnienia
Dotykam ust, powiek, płatków uszu, nozdrzy
Nie Twoja przeżywam ekstazę pożegnania

poniedziałek, 27 grudnia 2010

czubaty chłód wbił się w klepsydrę oczekiwań
twoje wspomnienia spłonęły pożądaniem

nie chciałam być mówił
nie chciałam byś milczał
nie chciałam byś istniał

na bezdechu synergii absolutu
dotykałam mikroprzestrzeni
i twoje usta byly gorzko-słodkie
kawa z mlekiem o poranku

sobota, 25 grudnia 2010

MSJ: Spadła gwiazdka
J: To ta betlejemska ?
MSJ: Pomyśl życzenie
J: Żeby się nie zakochać
MSJ: Mądrze, jednak się zmieniasz i uczysz
J: Otwórz wino
Bezsenność drapie w ścianę
Układa w słowa znaki czasu
I z ropiejących wspomnień zrywa strupy

Nadzieje gaszę tytoniowym żarem
Puchem pogwałcam intymności
I ciemność pachnie pomarańczą

A gdyby jutra miało nie być ?

czwartek, 23 grudnia 2010

Pustka to przestrzeń.
Można ją znowu zagospodarować lub napawać się jej, niczym nie ograniczonym, pięknem.

niedziela, 19 grudnia 2010

Pomiędzy milczeniem mych przekonań
Złudnością słów ostatnich
Filmową ławką pod latarnią
Uśpionym ciemnością ptakiem

Opuszek niecierpliwy
Faktura moich dłoni
Lekkość rażąca sztucznym bytem
Ostatnie porywy oczekiwań

Powtarzam bezdechem decyzje nieugięte
I ciała zastygłe otula chłodna zawieja

Zabrakło miejsca na grzech
Moje kroki bezszelestnie nikną wchłonięte przez drewno.
Twoje wciąż odbijają się echem wspomnień od ścian.
Wracają.
Uderzają w twarz, korpus, podcinają nogi.

Spod paznokci wydobyłam resztę Twoich namiętności, aby przyciąć je, aż do naskórka.
Równo, spokojnie, z namysłem.
Narzędzie egzekucji, po dezynfekcji, odłożyłam w symetrii między pędzel do pudru i przestrzeń, niezrażoną swoim istnieniem.

Pokryłam nierówną płytkę lakierem, zasłaniając nagość obecnej pustki.

Śnieg stopniał a samozwańczy ptak ozwał się na pobliskim drzewie.
Uchyliłam okno i nasypałam mu konopi na parapet.

Odwaga to nie przyzwolenie straceńców a cecha przywódcy.

Tak ma być

I nie kupuj mi kwiatów ani czekoladek. Po prostu nie. Nie bądźmy zbyt prości. W ogóle nie bądźmy.

Gdy odchodzisz spod mych drzwi, odwróć się i spójrz na kołysane melodią, moje biodra, kiedy ginę w mroku klatki schodowej.

I nie dzwoń rano i wieczorem ze słowami na ustach, że tęsknisz. Ciepłe, zmienią powietrze w gęstą mgłę i zaczną dusić.

Gdy Ci otwieram, uśmiechnij się i pogłaszcz mój policzek, po szorstkim i krótkim muśnięciu warg.

I nie pytaj, jak minął mi dzień. Skupiając się na obrazkach w telewizorze. Udając zainteresowanie.
Zapominając o kuchennym stole, dwóch kubkach parującej herbaty i spojrzeniu w oczy gdy mówisz, że cieszysz się moim widokiem.

I pozwól mi się kochać bezboleśnie. Nawet, gdy odchodzisz.
Czerwień,
Ciepło,
Erotyk,
Twoje usta.
Drżenie ciepła.
Cień smutku w przestrzeni.
To tylko sen...
To nie ty koisz mój krzyk na rozedrganych wargach strachu.

piątek, 17 grudnia 2010

Małe delikatne dłonie
Napór ucisku
Krzyk rozdzierający szczęście
A teraz ?
Inaczej, więcej, szybciej
Jesteś
Kochasz
Słaba, wątła gałązka - człowiek

Kiedy nim się staniesz ?
Czy może już teraz ?
Czy jutro ?
A może to było wczoraj ?
Gdy matka całowała Twe bose stopy

środa, 15 grudnia 2010

Oczekiwanie zakląłeś w zimową kurtkę
Pod puchem ogrzało drgające zimnem organy
Wymieszałeś niecierpliwość z cukrem i mlekiem
Raz, dwa, trzy
Noc, dzień, noc, dzień, noc, noc, poranek
Sarnie oczy zdumienia
Nagość stóp
Szepty ciała
Twój pantomimiczny bezruch
Czekam tu

I teraz gdy masz mnie na wyciągnięcie dłoni milczysz bezkresem.
Utonie w słonym horyzoncie poświata słońca.
Pozwolisz mi znów odejść

Już koniczynowa wiosna
Agonia ciała, słów, wspomnień.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Rzadko patrzę w lustro, to wystarcza.

Stoczyła bitwę o policzek
Miękki, zmrożony płatkami białej pieszczoty
Spłynęła po cichutku do końca
Bez przyzwolenia, flegmatycznie, zwycięsko
Zginęła w śniegu, zadeptanym wściekłym marszem
I już nie wzniesie się do nieba
I nie uczyni nic lepszego
Krótka droga
Ślad triumfu
Rażąca prostota

Bywa ludzka
Upokarzająca

wtorek, 7 grudnia 2010

Chciałabym znać odpowiedź.

Podobno zrzucenie balastu pomaga, kiedy statek tonie.
Nie podobno.
Pomaga.

Tylko na jak długo ?
Czy daje szansę na dopłynięcie do portu ?

czwartek, 2 grudnia 2010

Ptaki

śniły mi się ptaki
i wiem, że codziennością cię nie dotknę
i wiem, że byłeś z nimi
czyściłeś ich zmoczone smutkiem pióra
śniły mi się ptaki
i wiedziałam, że to lekcja pokory
że zanim cię dotknę
muszę nauczyć się czekać
śniły mi się ptaki
okrywały twe martwe ciało zapomnienia

wtorek, 5 października 2010

Plączemy sie w słowach naszych wygasłych pragnień.
Za niedługo znikniesz
Zniknę i Ja
Będziemy zapominać upojeni swoją codziennością
A mogło być tak pięknie
Mogło ?

wtorek, 28 września 2010

Nieodwołalność tyka na ścianie. Uśmiecham się do niej bezczelnie.
Cokolwiek. Co gdyby ? To nieważne.

Jesteśmy tak zatrważająco piękni, gdy umieramy w barwach codziennego światła.

poniedziałek, 27 września 2010

Tak bywa

Śniłam namacalnie, odczuwając wszystkimi zmysłami. Wzrok, zapach, dźwięk, dotyk. Drżenie liści, chłód wywołujący gęsią skórkę, tembr uniesionego głosu pokryty szeptem, deszcz uderzający dużymi kroplami w nieokryte ciało, cykada dzikich owadzich odnóży i skrzydeł.I drugi osobnik, swoim pojawieniem się zmieniający scenerię.

Śniłam mężczyznę. Którego kiedyś pożądałam. Który pożądał mnie. Ocieraliśmy się o siebie znaczeniowo i fizycznie, karmiąc nasze seksualności. Budując sacrum sytuacji i pozwalając mu rosnąć do granic wytrzymałości. Zupełnie zaskakująco. Intymnie, lepko, duszno.

Śniłam o spełnieniu, które przyszło okryte nocą, w mojej wyobraźni.

I budząc się rano zapragnęłam. Tylko przez chwilę. Nim chłód podłogi rozlał się po ciele, od bosych stóp ku sercu, wywołując dreszcz otrzeźwienia z mary nocnej.

niedziela, 26 września 2010


Co poczułaś gdy na bezdechu relacjonował Ci swoje podniecenia ?
O kobiecie którą nie jesteś i której daje rozkosz prawie każdej nocy. Czy drgnęła w Tobie ta mała żyłka, wywołująca pulsowanie na skroni i tajfun niepewności. Czy zazdrość wlała się w Twoje na pozór miękkie słowa. Czy pamiętasz jak cię pieścił przed snem. Jak kochał się z Tobą, obserwując Twoje podniecenie. Pamiętasz to mrowienie, gdy wypowiadał tak banalne słowa, świadczące o ulotności chwili. Dlaczego dajesz to co powinnaś, zamiast wypowiedzieć słowa na które On bardziej czekał . Ile razy w ekstazie i oszołomieniu samospełnienia łapałaś się na tym, że to jego twarz przywołujesz w myśli, sunąc dłonią po swoim podbrzuszu.
Cisza

Zauważyłaś, że skończyła się woda w szklance a Twoje usta są szorstkie i nieprzyjemne.
Czekasz, aż zamknę zeszyt i powiem koniec spotkania . Potem wyjdziesz, odetchniesz głęboko, spojrzysz na zegarek, przywołasz z pamięci rozkład autobusów. Przez chwilę pomyślisz o moim brulionie, o Tym co mogło w nim zostać dzisiaj nakreślone. Będziesz obserwować ludzi na przystanku. Zatopisz się w świecie muzyki. Zapomnisz. Zapominasz tak codziennie.
Ale zanim to zrobisz odpowiedz: co poczułaś ?
Tak, masz rację. Nie warto.

Bez ładu i składu


W większości ludzie zazwyczaj kłamią. Potem kładą się spać, wstają i znowu kłamią. Jest jeszcze przerwa na ironię, krzywdzenie, samogwałt, seks, jedzenie i obowiązki. Ale w trakcie tych czynności również można okłamywać. Chociażby siebie.


Jesteś dziś wodą wypływającą ze źrenic
Plamą na terakocie
Cierpkim winem buzującym w czerwieni
Szumem w uszach
Zniecierpliwionym dymem papierosowym
Ważką na ścianie
Złocistym kolorem gęstej słodyczy

W mojej jaźni
Skulony w kącie szepczesz pożądaniem
Lubię zapach Twoich myśli

piątek, 24 września 2010

Betonowe królestwo

Miała na nogach ciężkie betonowe butki. Codziennie stała w nich na krawędzi czarnej otchłani bez dna. Ramiona obolałe od spętania kaftanem bezpieczeństwa, brak równowagi, lekkie kołysanie. Tył, przód, tył przód. Więcej czerni, mniej i więcej. Zawrót głowy. Głęboki wdech.

Czy wiesz jak ciąży nasiąknięty wilgocią strachu beton ?
Kiedy wyjdzie słońce, a on wyschnie zrobi krok w tył i odejdzie od brzegu na którym stać nigdy nie chciała.

Kiedyś wyjdzie słońce.


4

czwartek, 23 września 2010

Powroty ?

Chciała się wylać. Pęcznieć, puchnąć, nadymać. A potem z premedytacją wetknąć szpilkę w najczulszy punkt.
Zapaskudzić eksplozją niepozmywane talerze w zlewie, prawie nowe kafelki, podłogę i ściany. Wyobrażać sobie co by było gdyby. Kto ścierał by ślady po jej zsiniałych wnętrznościach. Nawet byłoby jej to wtedy już obojętne.
Wtedy. Ale teraz nie wiedziała o tym. Z kolanami podciągniętymi pod brodę po prostu chciała. Miała wizję krwi cieknącej stróżką z rozerwanych zwłok. I tych wszystkich, którzy stając potem nad kilkoma kawałkami desek, ronili by krokodyle łzy. O tak, dramatyzm był mile widzianą rzeczą w tej marnej sztuce.
Chciała być czyjaś. Dobrze wiedziała czyja. Znała te dłonie. Znała całe ciało i psyche. Znała również swoje tchórzostwo, przyczynę tak wielu przemilczanych słów.

Podobno chcieć to móc.
Więc najbardziej nie mogła a chciała wetknąć sobie tą szpilkę we wspomnienia.
Wspomnienia – najczulszy punkt.

Szkoda, że i tak by nie pomogło.

czwartek, 15 lipca 2010

Zamykasz je powoli
Metaliczne zgrzyty rozciągając na sznurku

Gorąc pieści ich ostre krawędzie
Słoną suchością smakujesz zapach hebanu
Krwią sączysz ich krzyki

-Pamiętaj o kwiatach bo uschną
-Są z papieru
-Uschną z tęsknoty za czułością

Zamykasz je powoli
Na klucz ostateczności
W tej scenie gdy odchodzisz, milczę

Zdobyta forteca.

W głowie mi się roi i broi. Za dużo, zbyt szybko, pochopnie, nieopatrznie, nagle.

MSJ: „Co nagle to po diable.”

Żądam, pożądam, wyginam aspekty moralności.
Chciałabym, chcę, jakie powinno być następne słowo ?

MSJ: Zabronione

Niech Cię szlag. I Ciebie i ciebie i ciebie, też.
Więc nie patrz mi więcej w oczy.

czwartek, 24 czerwca 2010

Profil Kazki (z bliska)

Kazimiera, przez bliskich nazywana Kazka. Urodzona 13 lutego 1923 roku, lat 87, znaki szczególne: brak. Wzrost 152 cm, waga: wciąż rośnie. Siedem lat temu zapadł wyrok: Alzheimer, dożywotnio, bez szans na warunkowe zwolnienie.
Kazka ma błękitne wyblakłe oczy, od 12 lat te same sztuczne zęby i drżące dłonie. Ma również swój pokoik-celę z dużym łóżkiem przewiezionym z jej mieszkanka przy ulicy Krakowskiej, szafę na futra w które już się nie mieści, kilka szafek, fotel z fioletową kapą, lampkę nocną, stolik na herbatę, wieżę stereo i trzy storczyki. Jeden lila, drugi biały a trzeci kremowy. Storczyki u Kazki kwitną najpiękniej w całym mieszkaniu, mimo, że w porywach choroby podlewa je kilka razy dziennie. Kazka ma również swój karniak, 186 metrów kwadratowych, bo tyle liczy mieszkanie jej syna, który wziął ją do siebie, gdy zaczęła chorować. Ma balkonik, na który w ciepłe dni wynoszone jest dla niej krzesło z poduszką i ogródek w którym dopiero rośnie trawa, ale latem na pewno będzie tam przesiadywać. W formie zastępczej, jej wnuczka zabiera ją na spacery, na które Kazka nalega. Najpierw pół dnia chodzi i narzeka, że chce wyjść na spacer, potem pół spaceru narzeka, że bolą ją nogi i chce do domu. Czasem chce wychodzić sama. Do wymyślonej Pani która na nią czeka, do mieszkania na Krakowskiej, które już nie istnieje, do ludzi, argumentując, że jest przetrzymywana siłą. Dzieje się tak zazwyczaj w pochmurne i deszczowe dni, kiedy pogoda nie służy nikomu. Wtedy krzyczy potrząsając za klamkę, nazywa swego syna potworem, a do wnuków mówi Pan/ Pani i prosi ze łzami w oczach by ją wypuścili. Tak, Kazka jest wspaniałą aktorką, jednak po kilku godzinach męczy się i ugodowo idzie odmówić cały różaniec. Dlaczego różaniec ? Bo to forma wykupienia: „Babciu wypuszczę cię i pójdziesz gdzie chcesz, ale najpierw zmów cały różaniec”. Więc babcia rusza wtedy do swojego fotelika, siada i powtarza: Zdrowaś Maryjo, Łaskiś pełna. A po ośmiu koralikach zapomina, że chciała wyjść.
Kazka chrapie, chrapie okrutnie, budząc tym swoim chrapaniem nawet psa. Kazka prosi o herbatę i potrafi żądać. Tak, gdyby nie fakt, że trzeba ją wykąpać, ubrać, rozebrać, położyć, nakarmić, zaprowadzić, przyprowadzić i pomóc nawet w toalecie byłaby takim samym współlokatorem jak każdy. Ze swoimi zachciankami, zasadami, potrzebami i ulubionymi czynnościami. Bo najbardziej lubi słuchać Radia Maryja. Śpiewać głośno i razem z księdzem prowadzić całą mszę. Stąd wieża w pokoju. Stoi tuż obok fotela, a synowa zakupiła teściowej ogromne słuchawki z długim kablem, po tym jak teściowa vel Kazka wyrwała dwie wtyczki. Kazka lubi wstawać, gdy coś w radiu ją emocjonuje, lubi ruszać pędem w stronę kuchni, wyrywając wtyczkę słuchawek z wieży . Przybiega wtedy, staje w progu zwracając uwagę siedzących wokół stołu i dzierżąc w dłoni nieszczęsną wtyczkę, a na głowie mając ogromne niczym DJ słuchawki, przybiera groźną minę. Wtyczka idzie w ruch, potrząsana dłonią. Góra, dół, góra, dół. Rozmowy cichną, a głowy zebranych kiwają się rytmicznie jak słynnym pieskom przy tylnych szybach. Patetyczna hipnoza i nagły karcący głos Kazki, niczym grzmot z Nieba: Módlcie się poganie. Obserwujący wzdrygają się, a ona robi obrót i swoim babcinym truchtem wraca do pokoju. W kuchni pada pytanie: „Kto pójdzie podpiąć DJ-babie z powrotem słuchawki ?” Wnuczek 1 , wnuczek 2 lub wnuczek 3 w zależności od tego, który był świadkiem sceny wstaje i wędruje do Kazki. A ona już spokojna uśmiecha się i dziękuje za pomoc.
Kazka jest pomarszczonym dzieckiem, wstającym o ósmej rano i żyjącym według harmonogramu. W lepsze dni, siada przy stole w kuchni wraz z innymi. Rozmawia, śmieje się i ze smakiem pochłania kilka kawałków ciasta. Głaszcze wnuki po policzkach i wciąż powtarza: „wnusiu a gdzie się uczysz ?” i słysząc piętnasty raz tę samą odpowiedź odpowiada: „ale fajnie”. Bo Kazka to babcia nowoczesna i słowo fajnie, nie jest jej obce. Kazka nie nosi również spódnic i lubi pizzę, mimo, że później narzeka na zioła pozostałe w sztucznej szczęce. Czasem płacze, prawie bezgłośnie, opierając czoło na prawej dłoni. Kiedyś podsłuchałam pod drzwiami pokoju, jak prosi Boga by zabrał ją do siebie. Nie weszłam, bałam się.
Przeżyła swoje życie najlepiej jak umiała, a mimo to, pośród najbliższych jej osób cierpi. Nie z powodu choroby, tylko samotności w której Alzheimer ją zamyka.

Przemyślenia na temat. Czyli sąsiedzkie usługi.

Czechy. Kraj "Złotego Bażanta" i termalnych źródeł. Pełen zagranicznych turystów i polskich turystek. Mają osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia parę lat. Z  Podhala, Śląska, Mazur lub północy Polski. Studiują, niektóre pracują. Różni je wiele, a łączy test ciążowy, dokumenty od ginekologa i kilkaset złotych w torebce. Wsiadają do pociągu w którymś tygodniu lub miesiącu ciąży. Wracają, lżejsze o kilka lub kilkadziesiąt gram. W samym kraju przebywają niewiele, tyle ile potrzebne jest by poddać się zabiegowi aborcji, bo przecież w Polsce to nielegalne. A Czechy ? Istne  błogosławieństwo ze zniżką za okazaniem legitymacji studenckiej. Już od trzystu złotych można pozbyć się kłopotu. Moralność zostaje na granicy, która przecież już nie obowiązuje. Wszystko da się szybko i sprawnie za taniochę załatwić. Taka jest okrutna prawda, a tamtejsi lekarze zacierają ręce, że też nikt wcześniej nie wpadł na to by dawać  zniżki, przecież wtedy i klientela zadowolona poleci dalej. Jak kilogram pomidorów na targu we wtorki i soboty. Tyle, że tutaj mowa o usłudze, której nawet w weekend uświadczysz. Usłudze niestety ostatnio coraz popularniejszej wśród młodych, niedoszłych mam. Nie, nie krytykuję, daleko mi od tego, ubolewam jedynie nad sposobem postrzegania, przez młode dziewczyny, owej instytucji u naszych sąsiadów. Fora puchną od rozmów tych, które są po i polecają, jak i tych, które są przez polecające zachęcane, bo wciąż nie mają pewności co do swoich decyzji. Problem był , jest i będzie, a studentki wciąż będą wsiadać do pociągu ze spoconymi dłońmi i wracać każda z innym odczuciem. Wszystkie zmęczone, bo sam zabieg do przyjemnych nie należy. Ale najważniejsze, że już po i że świat nadal stoi dla nich otworem.  Bo to jedynie trzysta złotych. To jak kupno za te pieniądze nowego lub dalszego normalnego życia. Ale czy aby na pewno ?

piątek, 11 czerwca 2010

Skok wzwyż

Pobudka o szóstej rano. Nie, nie wyłączam hałaśliwego budzika. Wstaję. Zimna podłoga dreszczem przenika moje ciało. Szybki prysznic, kawa z chudym mlekiem, śniadanie w postaci kanapki chwyconej naprędce w rękę (jednak zawsze zrobionej ściśle według diety). Torba, strój, ręcznik, żel pod prysznic, kilka kosmetyków i sukienka. Czarna, koktajlowa. Parę minut na rozmowę z, dopiero co obudzonym, narzeczonym i jazda na trening.
Sala prawie pusta, tylko trener i Ja. Najpierw kilka ćwiczeń rozciągających i siłowych, rozgrzanie ciała poprzez sprint a potem już w kółko to samo: krótki rozbieg, mocne wybicie, chwila lotu i miękkie lądowanie na grubym bordowym materacu. Proste ? Z pozoru tak, jednak chwila nieuwagi może spowodować złe odbicie i strącenie tej cholernej poprzeczki wiszącej na wysokości ponad dwóch metrów. Jest dziesiąta trzydzieści. Pierwszy, drugi, trzeci błąd. Czerwieniejąca twarz pięćdziesięciolatka dyrygującego moim ciałem. Chwyta mnie za ramiona, wygina ciało pokazując jak ma być ułożone w decydującej fazie lotu, podnosi głos, w końcu zarządza przerwę.
Zawsze liczę do pierwszej setki. Każdy skok po kolei. Potem zaczynam się gubić. Tracę panowanie nad czasem, myślami, przestaję rejestrować podniesione głosy innych trenujących, którymi zapełnia się sala. Kilkanaście kroków. Czy można wśród szumu słyszeć tylko tyle ? Ja nauczyłam się tak słyszeć kilka lat temu. Słyszę tak codziennie, dopóki nie czuję uderzenia o materac. Dopóki nie wybija  czternasta.
Wszystko jak w grafiku. Prysznic, suszenie włosów, lekki makijaż. Dzisiaj czwartek. Jedni nie lubią poniedziałków, inni niedziel, ja nie znoszę czwartków. Szybkiego obiadu, powtarzających się obrazów za szybą, gdy jedziemy na konferencję prasową lub na spotkanie ze sponsorem. Zawsze w to samo miejsce.  Nie znoszę tych ciekawskich pytań dziennikarzy, błysków flesza, siedzenia prosto. Padają zazwyczaj te same pytania. Trener odpowiada na większość. Właśnie przytacza historię skoku wzwyż. Że był już od pierwszych igrzysk nowożytnych jedną z głównych dyscyplin, że do lat 50. dwudziestego wieku skoki oddawano z miejsca, że teraz jest rozbieg i pokonywanie poprzeczki w pozycji poziomej, plecami do podłoża, że dzięki temu możliwość osiągania wyższych wyników znacznie wzrosła. Bla, bla, bla. Słowa słyszane tysięczny raz, kupowane przez te dziennikarskie handlary wiadomościami. Nigdy nie pytają o najważniejsze a ja nie mówię. Po co, jeszcze piętnaście minut i skończy sie widowisko.
Znowu w drodze i  dwie godziny u masażysty. Nie mówi wiele, za co go cenię, po prostu dobrze wykonuje swoją pracę. Rozluźnione mięśnie pozwalają na swobodny oddech, jeszcze trochę. Dojeżdżam do domu. Czeka dietetyczna kolacja. Torba ląduje na podłodze, sukienkę zastępuje dres. Osiem lat temu wyjęłabym z zamrażarki lody i usiadła przed telewizorem. Osiem lat temu, no właśnie. Od tego czasu ten zwykły, stary zastąpiła plazma, a kanapę z łatami, skórzana sofa. Śródmieście, strzeżony parking, winda, pomarańczowe ściany i ciepłe ramiona otulające mnie w łóżku. Ciche chrapanie przy uchu, mój uśmiech w ciemności.
Nie mogę zasnąć. Ostatnio coraz częściej zastanawiam się jak najprościej można zmierzyć sukces ? Czy są to setki fanów na trybunach, tysiące na moim koncie ? Ilość autografów które rozdaję, te wszystkie prywatne wywiady. Zapytałam koleżankę, dla niej sukces to wysokość zaledwie 2 metry. A dla mnie ? Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż ciężar medalu na szyi. Tak, gdybym mogła zmierzyć sukces „ludzką” miarą, ważyłby jakieś 300 gram.
22:47 zasypiam spokojna.

niedziela, 23 maja 2010

Bez-etykietowo

Spotęgowana niewiedzą ostateczną brnę w puch miękki otulający moje niedowierzanie.
Kiedyś puch zniknie a ja spadnę na ziemię i pokiereszuję ciało.
Znowu będę obolała.
Kiedyś...
Chciałabym nie zdążyć. Niech ktoś zatrzyma zegar i wyrwie mnie z tego rytmu.
Niech on...

Czeka-nie ? Ile jeszcze ? Czy pora schować zabawki do pudełka ? Zamknąć książkę ? Wyłączyć radio ?
Spakować rzeczy ? Zasłonić okna ? Przestać wierzyć ? Niedowierzać ? Mieć nadzieję? Chcieć jasności ?
I czy wymagam tak mało, a tak wiele ?

Kiedy już opadną ostatecznie przebrzmiałe słowa, stan rzeczy zaleje mnie karmelem czy cementem ?

Moja niewiedza chroni mnie i otępia.
Moja niewiedza chroni.

piątek, 21 maja 2010

Deszcz puka do rycerskich szyb
Zlepione gorącem ciał powietrze
I ściany jagodowe,
niemi obserwatorzy

Spadamy arytmią pulsujących skroni
Lawą płyniemy po stromych zboczach
Bezruchem rysujemy kręgi na wodzie

Równomierny tętent oddechów,
Galop ciał,
Urwisko,

Jeszcze chwila
Nim wybuchną zderzone atomy
Niech Morfeusz przemoknie za drzwiami

Wyliczanka II

Widziałam ją znowu. W pochmurny dzień, taki kiedy nic się nie chce, wsiadła do autobusowej puszki, jakby czymś goniona. Zajęła miejsce po skosie ode mnie, przyzwyczajeniem dłoni przeczesała złote pasma, rozpięła kurtkę w kratkowane barwy jesieni. Jej szyja, smukła w kolorach niedojrzałej brzoskwini odbijała mały srebrny łańcuszek. Tak bardzo chciałam dostrzec cóż za zawieszka go zdobi, że w usilnych próbach zagalopowałam się do granic gapiostwa. Trach. Moje dłonie wilgotnieją. Po dłuższej chwili dopiero, czuję na sobie czyjś wzrok, unoszę spojrzenie krzyżuję je z przezroczystością jej wodnych oczu. Ogromne, szklane kule odbijają teraz przyciemnione kolory za oknem obserwując mnie.
 
Nie mrugnęła, nie odwróciła oczu uciekając w zafałszowanym zawstydzeniu. Patrzyła, a jej kąciki ust, wpierw lekko wydęte, rozciągnęły się powoli i z namysłem w delikatnym uśmiechu. Chwila, moment, błysk flesza nie mogącego złapać, uwiecznić i pojąć niepowtarzalności doznań. Złotowłosa przymyka oczy, dopiero teraz zauważam zmęczone, ciężkie podkowy pod nimi. Majestatyczność spleciona z codziennymi upadkami.
 
Autobus hamuje, kolejna fala szarości napływa do środka, zasłania mój obiekt obserwacji. Wyginam w łabędzich ruchach szyję, dyskretnie nachylam ciało. Bezskutecznie. W głowie tworzę więc obraz moich fascynacji. Jedynie jej zapach wciąż delikatnie kąsa moje nozdrza. Pachniała potęgującym echem.

sobota, 15 maja 2010


Byłeś tu na chwilę
Trącone bzy przy ścianie do tylnego wejścia
Klucz pod wycieraczką przekrzywiony
Rozczarowanie niezastania zdeptane na podłodze
Zapach kawy,
Tej wypijanej w pośpiechu, parzącej język, bez cukru
Porysowany metalicznymi zgrzytami widelca talerz

Zniknęła szczoteczka, garnitur, granatowy kubek.
Bez kartki na stole
Uprzedniego zapowiedzenia się

Wykradłeś resztkę swojej obecności gdy mnie nie było
I oknem uchylonym wypuściłeś nasze zatęchłe wspomnienia.

_____________________________________________
Odkurzyłam klawiaturę. Resztki jedzenia, martwy naskórek i posypanie głowy popiołem.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Bełkot (nie)intelektualny

Oglądałam dzisiaj na scenie chorych tworów mojej wyobraźni sztukę. Zapewne nie muszę ci opowiadać o sensie, treści, padających słowach, niepotrzebnych gestach, źle zagranych scenach, niedokształconej mimice, braku ekspresji, przerostu dykcji nad treścią. Sam wiesz, że kiepscy z Nas aktorzy. 

Ale czy wiesz, że kiedyś kurtyna opadnie i nawet klakier nie będzie w stanie wzbudzić na widowni oklasków ? Ni miarowego uderzania dłoni o dłoń chociażby jednej osoby. Spojrzymy wtedy po sobie zakłopotani, znając prawdy których wypowiedzenie sprawi, że stracą na wartości. A potem Ty nie zaprosisz mnie na piwo, do tej knajpki gdzie grają jazz, a ja nie będę bawiła się włosami ani rozchylała ust przechylając głowę, by zwrócić Twoją uwagę. Obdarci z niedopowiedzeń i gry naszych ciał, staniemy się nazbyt prości i nijacy. 

Wyłącz radio, zgaś oczko, słuchowisko zakończone. Przyjęto do wiadomości. Wnioski ?

Modlitwa wieczorna:
Nie bądźmy zbyt prości
W ogóle nie bądźmy.


60(?) decyzyjności.




piątek, 23 kwietnia 2010

Zapach cebuli

Kroiłam dzisiaj cebulę. Ot, cebula, po której utrzymuje się na skórze kilkugodzinny zapach, mimo porządnego szorowania dłoni. Ale to nieważne. Nie o tym. 
Ta cebula wywołała wspomnienia z okresu liceum. Niezwykle krótki ale intensywny okres mojego zamieszkiwania z babcią. Pamiętam, że tak właśnie specyficznie pachniało gdy wchodziło się do babcinej kuchni wieczorami. Pamiętam bułki ze sparzonym pomidorem i pokrojoną na niego w kosteczkę cebulą. Drobną, staranną kosteczkę. 
Lawina wspomnień ruszyła. Poranki pachnące „Inką”, smakujące dżemem truskawkowym, rysujące się obrazem nagrzanego, kaflowego pieca na którym na kilka minut przed budzeniem mnie babcia wieszała podkoszulek „żebym ubrała ciepły”. Popołudnia były ciężkie, zaparowane od gotowania szyby w kuchni. Może to prozaiczne ale nikt nie robi takich ziemniaków jak właśnie ona-babcia. Potem ,w mijające w głowie obrazy, wśliznęły się rodzinne spotkania. Imieniny, Święta, coroczna msza za dziadka. Jabłecznik z domowym nadzieniem. Smażonymi na konfitury owocami, leżakującymi potem w słoikach, w piwnicy. Kruche ciasteczka z marmoladą. Dziecięce, pełne ciasta buzie, okruchy na kanapie i jej uśmiech, radość w oczach, spracowana, pomarszczona wiekiem dłoń na policzku „jej sikoreczki”. Tak mówiła o każdym wnuku.
Choroba i starość jest smutna. Czyni z człowieka, który cię wychował i dał tyle ciepła zgorzkniałą skorupę. Zaciska dłonie, powoduje przykurcz palców, irytująco szura papciami po podłodze. Utrudnia wejście do wanny, wydłuża sen, blokuje pamięć, zabiera umiejętność czytania, pisania, nawet słowa. Nudzi, wysusza, wprowadza w katatoniczną monotonię. 
A mimo to, w głowie wciąż mam obraz tamtej kobiety i czuły uśmiech na mojej twarzy na samą myśl. Najwięcej miłości okazywała przez kuchnię i dbanie o drugą osobę. Codzienność w postaci prania wiszącego na sznurze, zaścielonego łóżka, ciepłej herbaty po obiedzie. W tych przekonaniach wychowała swojego syna a mojego ojca. W tych przekonaniach jej syn wychował mnie. Proste, banalne, infantylne ? Być może dla kogoś. Wiem jednak na pewno, że krojąc tą cebulę, gdy w tygodniu mam dla kogo, uśmiecham się do myśli w których wrzucę ją do garnka, w których stworzę potrawę, w których wywołam czyjeś zadowolenie i ucieszy to mnie samą. 
Przez najbanalniejsze czynności również okazujemy komuś swoją miłość. Dbając o to, aby było mu dobrze w życiu codziennym. Tak, to wiem dzięki babci i mojemu ojcu.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Dawno, dawno temu...

Zapach przesiąkniętego pożądaniem ciała. Wszędobylskie dłonie, łapczywe usta, napięte mięśnie. Arytmia mięśnia sercowego, ścieżka moich paznokci wzdłuż Twojego kręgosłupa. Szepty o snach, marzeniach, wyobrażeniach… ze mną. Zawrót głowy, ciemność pory dnia. Pociągnięcie za włosy, mocny uścisk, końcowe wyczerpanie. Opadasz na chłodną pościel, tuż obok. Przymykasz oczy, oddychasz nierównym, szybkim tempem.

Ja oddycham wolniej. Każdy popełnia błędy.


-Wspomnień czar (?)

środa, 21 kwietnia 2010

Gładząc opuszkiem fakturę świeżo garbowanej skóry
W ekstatycznym transie myśli i niedopowiedzeń
I zapach piżma toczył w powietrzu ciemne chmury

Ty śpisz a za oknem pada
Odchodząc nie domknę drzwi
Zbudzi cię sybir transgenicznego poranka
Dzisiaj zaserwowano na kolację gorzko-gorzką prawdę. Z gorzkich rzeczy lubię jedynie czekoladę.
3,2,1 koniec dobroci dla zwierząt i Dzień Dziecka również dobiegł końca.
A może powinnam napisać 1,2,3 ?

Przyzwyczajenie do czegoś nie jest smutne ani okrutne, jest przyzwyczajeniem pozwalającym nam przewidzieć co dalej. Unika się rozczarowań.

Moje przyzwyczajenie zaczyna nabierać cech makijażu. Staje się permanentne.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Wydaje mi się, chociaż mogę być w głębokim błędzie.

Im bardziej zaczynasz się zastanawiać czy kogoś kochasz, tym bardziej próbujesz dostrzegać jedynie te rozczulające, miłe, wywołujące uśmiech drobnostki. Poszukujesz wzroku i lgniesz do obiektu przemyśleń,  przetrząsając zakamarki własnej świadomości w potrzebie odrzucenia niepewności. Sam wywołujesz skrajność emocji, broniąc się przed wnioskami, które zasmucą nie tylko Ciebie ale i innych. 

"Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć."

— Julio Cortázar

Zagramy w klasy ?

niedziela, 18 kwietnia 2010

Słowo na niedzielę. Nieprzemyślanie

J: Zaskakuje mnie jak ludzki twór potrafi walczyć o przetrwanie przeczuwając zagrożenie i zbliżający się koniec.
MSJ: Cóż w tym dziwnego ? Jesteście ludźmi.  Popełniacie błędy ale nie potraficie ponosić ich konsekwencji. Udźwignąć goryczy porażki.
J: Bycie człowiekiem nie tłumaczy błędów. Raczej egoistyczne pobudki pchające nas ku samozadowoleniu i wygodnictwie. Dlatego tak wiele razy przeżywamy rozczarowanie kimś, kto w imię wyższości własnego zaspokojenia wywołuje niesmak.
MSJ: A ty ? Też jesteś jednym z nich. Więc również z tych pobudek popełniasz błędy.
J: Mam ich świadomość, nie tłumaczę swojego zachowania. Ostatnio staram się przeanalizować wszystkie za i przeciw. Wybrać najlepsze rozwiązanie. Nie kierować własną potrzebą.
MSJ: Bez sensu. Nie we wszystkich sytuacjach jest dobre rozwiązanie a jedynie złe i gorsze. Jest również czynnik te rozwiązania warunkujące, bądź utrudniające wybór któregoś.
J: Zlepek wyidealizowanego świata. Uwierzyć w ten czynnik… Bardzo bym chciała chcieć.
MSJ: Wiem. Ale czasem to nie wystarczy. Czasem jest zbyt późno na rozpędzenie tego mechanizmu. Bez względu na wszystko, za późno.

J nie zdążyła odpowiedzieć, cykuta zdrady zamknęła dopływ powietrza  do jej płuc, wywołując uduszenie. Z  posiniałych ust pociekła strużka pomidorowej mazi. Zawsze lubiła pomidory.

MSJ: Wspaniała niedziela na zgon. Grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

sobota, 17 kwietnia 2010

Bywa

Zrobiłam listę rzeczy, które chciałabym zrobić w życiu. Krótka, treściwa. Jej osiągalność dla obcej osoby może wydać się pretensjonalna i smutna. Żadnych porywów fantazji, marzeń nie do spełnienia.
Zrobiłam listę. Długo, powoli i z namysłem dobierałam słowa uściślające opis każdego jej punktu.
Żaden z nich nie obejmuje Ciebie.

Ostatnio budzę się z myślą, że wczoraj kochałam Cię bardziej.
Każdego dnia.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Półprawdy
Półśrodki
Półsłodkie
Białe, w opalcowanym upojeniem kieliszku
Parujące niedorzecznością ślepej wiary
Dłoń zatacza kręgi w dusznej atmosferze
Zbyt późno, zbyt długo, zbyt lękliwie
Dopijam procentowe prawdopodobieństwo
Mantrą karmiąc elipsy jednotorowości
Wielokrotnie wypowiedziane kłamstwo staje się prawdą.



Alabaster zabliźnił oczekiwania
Zatęchłe czerwienie zmyły kwaśne deszcze
Małe tęsknoty sparzyły mi przełyk bezsennością
I bez porywu
uśpionych tysiącem wspomnień płyt tektonicznych
Pakuję wszystkie przepocone poranki rozczarowań
Czujesz ?
Nadchodzi burza
Czubkiem języka zlizuję gniewne spojrzenia zieleni

piątek, 9 kwietnia 2010

W poblasku wieczoru rozbieramy ze wstydu nasze oblicza.
Chropowaci, porośnięci substancjami smolistymi wieczornych niepewności.
Poznajemy się delikatnym pomrukiem wyziębłych dłoni.
Smakujesz zagryzioną do krwi wargą zamyślenia.
Oddechem prowokującym zetknięcie naszych ciał.
Zamkniętą w klatce chodnikowego taktu fanaberią chwili.
Ekstazą skrytą za uniesieniem brwi.
Kwaśno, słodko, cierpko, słono.

Wilgocią znaczę ślady mojej obecności.
Bez słów które chciałbyś usłyszeć.
I których nie wypowiem.

Przecież sny nie trwają wiecznie.
A ja nie skłamię, że się nie boję.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Od niepewnego głaskania po twarzy wolę siarczysty policzek lub brak dotyku.
Głaskanie jest dla mnie chwilą zawieszenia. Jeśli już mam bytować w próżni to sama się w nią udam.

    
The only way to get rid of a temptation is to yield to it.

— George Bernard Shaw

środa, 7 kwietnia 2010

Zainspirowane

Przemyślałam, pomyślałam, wydedukowałam. Zainspirowana pewnymi pogaduchami i wnioskami przedstawionymi przez rozmówcę przyznaję rację : W moim ideale najpiękniejsze będzie to, że będzie posiadał wadę, której u innych nie będę potrafiła znieść, a u niego stanie się akceptowalnym czynnikiem. I nie uczyni to tej osoby w moich oczach mniej pożądaną. Bo gdyby nie miała chociażby jednej wady, stałaby się nudnym tworem pogranicza fantazji i rzeczywistości.


Więc niech pluje na chodnik, albo ma lekko zanoszący śmiech. Może nadużywać słów "no nie", lub uwielbiać sikanie na stojąco. Krzywe jedynki, nadmierne dbanie o fryzurę, noszenie krzyżyka na łańcuszku, lubienie śmietankowych lodów, klepanie mnie po tyłku przy znajomych, problemy z interpunkcją- zniosę. Może nie pisać na dobranoc, nie kupować kwiatów, zapominać o ważnych datach. Byle nie nosił białych skarpetek do pół łydki, nie używał mojej szczoteczki do zębów i nie nazywał mnie "cizią".

I kochał mnie zachłannie, łapczywie i boleśnie, aż bezdech i pękające żebra zdeformują moje serce.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Tak bywa

Bo kiedy Cię nie ma tonę w lepkości cukrowej waty.
Niebo gwieździste kradnie łopoczącego anatomią ptaka.
Łapczywie kąsane pory skóry chłoną porywy wolności.
Pęcznieją, szepczą, krzyczą, milczą.
Pękając plamią moralność marnotrawnego bytu. 
Giną w żarze gwałconych kontur świadomości.
Anomalia urywanego oddechu kotłuje i zawraca.
Wyrywa ze sparaliżowanych myśli przyzwolenie pieszczoty.

I kiedy Cię nie ma
Słonawy posmak napiętych ścięgien
usypia moje wygasłe spełnieniem pożądania.



niedziela, 4 kwietnia 2010

Pajęczarka II


Wczorajsze ucztowanie pokrzepiło moje siły i rozlało się ciepłem po kosmkach na tułowiu. Resztki zapasów ze spiżarni wystarczyły zupełnie. Lada dzień uzupełnię je. Słońce coraz odważniej przyświeca małym robotnikom a i w moich rejonach zaczyna panować przyjemne ciepło, wyganiające poranny chłód i wilgoć.
Spałam dobrze. Dreszcze przestały mną targać, przykurczając odnóża. Rankiem zbudzona przez biologię organizmu, wywołaną poczuciem obowiązku, rozpoczęłam rytualny obchód. Jakież było moje zdumienie gdy dostrzegłam, że pod paprocią, o którą wspiera się część mojej pajęczyny, spoczywa konik polny żując przy tym mozolnie trawę i mlaszcząc nieprzyzwoicie. Nitki dotknięte jasnością poranka migotały zielenią i błękitami tworząc na nim wzór ciekawy w obserwacji. Zatrzymana potrzebą przyjrzenia się zamarłam nieruchomo. Moment względnej ciszy, która nigdy nie panuje, pozwala mi wtedy wychwycić jak przystosowuję się do sytuacji. Do ataku, który atakiem miał nie być. Prostota reakcji jest czymś niepojętym i jakże irytującym.
Konik poruszył się nieznacznie i zamarł. Zapach zagrożenia zafalował ciężko wśród rześkiego powietrza i poniósł się ku niemu ostrzegając przed rychłym zgubieniem. I nim zdążyłam się przyczaić, nim zdążyłam sygnałem potraktować jegomość, aby został na chwilę i dotrzymał mi towarzystwa, umknął skokiem pełnym gracji dalej. Odwrócił łebek i przechylając go w  badawczym geście, spojrzał na moje pajęcze dzieło. Zapewne odraza królowała w jakże pustym umyśle tego prosto skrzydlatego, nim chwilę później poszybował ponownie. Piękny, mimo wszystko to był lot, pełen wolności.
Mogę jak i on, jednak bez wolności. Tylko niech już jesień złota pozwoli mi zatańczyć z moim babim latem. Otumaniona poczuciem niesprawiedliwości dokończyłam szybko obchód. Ckliwość do moich misterności zgasła. Lekkoduch nie przyniósł ulgi w tęsknocie za towarzystwem. Ocenił sytuację opierając się na pozorach.

Skorupa kiedyś z nich wszystkich zostanie. Chityna, resztki odwłoków i mikro-mięśni. Skorupa za życia i skorupa po śmierci. Kolej rzeczy uderzająca pretensjonalnością tego cyklu.

To co najważniejsze

Sośniany zapach żywicy. Odurzający, drażniący nozdrza, wywołujący zawrót głowy. Ostatni krzyk równo poukładanych, czekających na wywiezienie do tartaku bali. Kilkadziesiąt lat egzystencji sprowadzonych do symetrycznego kopca i opadłego dookoła okorka. Szum lasu gwałconego nazbyt porywczym wiatrem, niosącym przetrwanie gatunku jak i zniszczenie. Monumentalny taniec obłoków. Odgłos kroków na ściółce, miarowy oddech, wyimaginowana cisza.
 
Tętent myśli, galop wspomnień, rżenie niepewności. Codzienne błahostki. Małe radości i duże dylematy. Gniewne spojrzenia, ściszone głosy, podniesione krzyki, westchnienia wyczerpania. Irytacje, uśmiechy, upadki. Gwieździste niebo, wiosenny deszcz, październikowe zachody słońca. Las, miasto, rytm tygodnia i czyjaś ciepła dłoń. Cud codzienności.
 
 „Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.”
 
- Richard Dawkins
 
Rozplatanie tęczy

środa, 31 marca 2010

Ostatnio dobrze sypiam. Krótko, intensywnie, głęboko. Pewnie spokojnie oddycham jak dziecko, pewnie nie wiercę się w łóżku, pewnie nie mówię przez sen. Przebudzenia są przyjemne, uchylone powieki wypoczęte. Bez przerażających tworów wyobraźni, samozniszczenia, bezkompromisowych wspomnień przemycanych do świata ciemności.

W takie dnie pieszczoty  poranka bywają delikatne, nienachalne, ekstatycznie niezapomniane.
Kawa stygnie, cisza mnie karmi, szarość za oknem. Świadomość przyjemna w lekkości bytu i nieugięte cyfrowe blaty oczekiwania.
Jest cudnie.

wtorek, 30 marca 2010

Postanowienie, życzenie, marzenie (nie)noworoczne

Dla następnej osoby nie będzie panaceum ani plastra.
Będę Ja.
Zapisana kartka, która stanie się tą pierwszą nowego rozdziału.
Czytana z zapartym tchem.
Z pragnieniem by dopisać ciąg dalszy.
Po prostu.
Bez ustępstw, spolegliwości, małych kruczków.




"Każdy wybiera swoje własne wojny."
— Harlan Coben
Obiecaj mi

Ciąg przyczynowomyślowy

Opętanie, zawieszenie, zniewolenie
Śladowe ilości orzeszków arachidowych
Zapach zielonego jabłka
Smak cynamonu
Konsystencja błota
Kolor piasku
Trwałość skały
Miękkie ciepło

Nieuwaga, rozczarowanie, zażenowanie
Miewasz tak wiele imion.


czwartek, 25 marca 2010

Psychosomatic world

W psychosomatycznym świecie obowiązuje stagnacja populacji. Stan ten wkradł się i tutaj jakby był czymś najnaturalniejszym. A może jest ?

Piątkowy targ niedaleko biura, przywóz pieczywa do sklepu obok o 8:06, poranna kawa i codzienne migracje ludności do pracy. Każdy szczegół przypomina o zachłannej zwyczajności, która nieograniczonymi ramionami obejmuje wszystko włącznie z moim małym półświatkiem. Nawet wiosna, ta która nadchodzi i nadejść nie mogła, pozostaje taka sama dla wszystkich.

Moje poranne wędrówki zakrząta myśl, że chciałabym ją egoistycznie skraść. Bez pardonu, mieć ją tylko dla siebie.
Pierwsze pąki, błoto na podwórkach, ptasie oznaki przebudzenia, brudne po zimie okna, suki w rui, kurtki zastępowane płaszczykami, chłodne deszcze, sąsiada wymiatającego z ogródka znużenie, pyłki brzozy, powiewy świeżości, suchość dróg, zmęczenie trawy, nazbyt odważne pędy, niezrażone przymrozkami i zapach nadziei. Lekko ostry, dawkowany równym oddechem, duszący, gdy próbujesz go przyswoić haustem.

To wszystko a tak niewiele gdy zdajesz sobie sprawę z niepodzielności dóbr. Gdy ich ogólnodostępność zabija je ignorancją pozostałych.
Chłonąć, chłonąć, chłonąć, doświadczyć w tłumie zbiorowego zastania i celebracji majestatu przyrody.

Tak, wtedy mogłabym się podzielić wiosną.
Zadanie domowe : Człowieku zagoniony, zatrzymaj się na chwilę i doceń to, co cię otacza.




środa, 24 marca 2010

Wyblakły juz jesteś

Człowiek pamięta chłody, wyziębienia skóry, białe płatki śniegu, parę uciekającą z czajnika. Opisuje, kreuje, przywołuje te stany we wspomnieniach. Wyrzuca ciepłotę ciała, gryzące komary, zmęczenie upałów.
Nie było wtedy ciepło, zimno też nie. Było nijak.
Herbata, którą mnie częstowałeś była za słodka i z cytryną. A tyle razy mówiłam, że nie mogę cytrusów.
Chciałam się wtedy w kimś zadurzyć. Pustka raziła swoją obecnością nieustannie, aż ulokowałam pragnienia przypadkowo. Jak oślepione zwierzę uciekające przed niebezpieczeństwem, którego nie ma.
Oczekiwanie na przystanku na autobus, który nigdy się nie spóźnia. Tak powiedziałeś nim twoja dłoń oplotła moją  kibić. Zaczepność zamknęłam w uniesieniu brwi i pytaniu czy coś chciałeś.

- Moje oczy chciały.

Prozaika i banalność słów wydała się taka piękna w wykreowanych tęsknotach. Twoje usta były spięte i lepkie. I kiedy drgnęły tuż przy moich, muskając prywatność ostateczną chciałam żeby pachniały truskawkami. Żeby miały ich kolor lub chociaż nimi smakowały.
A przecież ty nie jadałeś truskawek.
A przecież ja nawet nie pożądałam tej bliskości.
Czar chwili dla obolałego serca bywa boleśnie zwodniczy.






wtorek, 23 marca 2010

Mieć uczucie, że się jest spętanym, a równocześnie inne uczucie, że po uwolnieniu z pęt byłoby jeszcze gorzej.
— Franz Kafka
Za oknem słońce, ogromna kula cudu. 
Tempo rośnie.

Stop. Przewijam do tyłu i puszczam w głowie recording. 
Kolejna kaseta wspomnień nagrana.






niedziela, 21 marca 2010

A miało mi nie wiać w oczy

Jestem dziś nie swoja, nie Twoja, niczyja.
Bury kocur przeciął rano moją drogę. Miał być czarny, tylko natura zakpiła okrutnie.
Stado chmur uformowało klucz nad zabieganymi głowami.
Zmokłam, stopiłam się pod spojrzeniem obcych, z wodą spłynęłam do studzienki kanalizacyjnej. Błoto w butach, strach na wróble w głowie, niestrawność bytu.
I nie powiem, że jutro minie.
Nie lubię kłamać

piątek, 19 marca 2010

Nie żałuj, nigdy nie żałuj, że mogłeś coś zrobić w życiu, a tego nie zrobiłeś. Nie zrobiłeś, bo nie mogłeś.
— Stanisław Lem
Szpital przemienienia
 
 
 
 

 
 
 
Oddychasz
inaczej gdy teraz jesteś przy mnie

Letargiem marmuru okryłeś lepkie wargi
Pory skóry wyblakły zapachem codzienności
Opuszki sparzone szkłem nie drażnią szorstkością

I gdy odwracasz twarz
W zbyt flegmatycznym zawstydzeniu
bądź narowistym oddaniu się myśli

Wciąż pamiętam wzgórze twoich dłoni
na moim podbrzuszu

czwartek, 18 marca 2010

Myśli kontrolowane

Żyjemy w świecie iluzji. Szarych bloków, szarych dni, szarych ludzi. Im należy dawać to czego oczekują zamiast prawdziwych, niemożnych do zniesienia tachykardii i niepewności słów i gestów.

Żyjemy w świecie, w którym brak maski na balu karnawałowym jest jedynie klasycznym faux-pas ale brak jej w codzienności to już rażący nietakt.

A ty ? Którą maskę dzisiaj założysz ?
A ty ? którą chcesz bym i ja dziś spoiła ze swoją skórą ?
Ile w naszych słowach jest prawdy ?
Ile w prawdzie pięknie ubranych słów ?






wtorek, 16 marca 2010

"Niebieskie koperty

Mając dziewiętnaście lat wkroczyłam w świat słowa przelanego za pomocą ciągu liter na papier. Erystyka w pracy dziennikarza pochłonęła resztki moich rozczłonkowanych myśli. Myśli podzielonych między kolejnymi wykładami, nazwiskami profesorów i pragnieniem pisania w przyszłości w celach zarobkowych. Zasypiając o trzeciej nad ranem, po pracy na nocną zmianę w barze odczuwałam spełnienie. Często na chwiejnych ze zmęczenia nogach, sporadycznie z promilami, które buzowały w żyłach docierałam do materaca, mającego być zamiennikiem łóżka, które zostało w rodzinny domu. Momentami  bezsenność dotykała mnie swoimi zimnymi i śliskimi mackami. Pozwalałam jej na ten akt bezcielesny odnajdując w niej sprzymierzeńca. Minuty tworzące spójną godzinową całość, stawały się czasem użytecznym, spędzanym na rozmyślaniach bądź czynnym udziale w spełnianiu zamierzeń. Zrozumiałam, że te niczym niezapełnione nocne oczekiwania na sen, gdy mimo ciepłej kołdry nie potrafisz zapaść w niebyt, są swoistego rodzaju darem. Czas płynie wtedy wolniej a miasto nocą nie uderza w twarz bezosobowością. Pragnienie podzielenia się swoim, jakże prozaicznym, odkryciem pchnęło mnie w jego ramiona. A może to on mnie w nie wciągnął pozwalając myśleć, że było inaczej. Ambitny i cyniczny, nie potrafił stworzyć spójności ze swoją wrażliwością. Ceniłam jego osobowość kawałkami, starając się nie dopuścić aby zlała się w całość.
 Aryeh nigdy nie notował tłumacząc się wyższymi wartościami. Całkowite skupienie uwagi na wykładzie uznawał za priorytet. Wybrał mnie. Stałam się jego dostarczycielem notatek, które pożyczał i kserował sumiennie. Prozaiczna znajomość mająca na celu zaspokojenie potrzeb jednej ze stron. Z upływem dni, tygodni, miesięcy  zaczęło mi schlebiać jego spojrzenie, którego coraz odważniej poszukiwałam w tłumie studentów. Jego kolano zetknięte z moim w trakcie wykładu, jakby taki stan rzeczy pozostawał najnaturalniejszym w świecie. Moje odważniejsze stroje. Głębsze dekolty, krótsze spódnice. Dla niego, nie dla innych. Zaproszenie do kawiarni. Nie było maja, była zima, śnieg i potworny chłód. Mróz szczypał w policzki, płatki śniegu siadały na włosach przechodniów bez czapek i na moich. Szarpnięciem za klamkę otworzył mi drzwi do lokalu. To ja wybrałam stolik, miejsce, temat rozmowy. Przy wyjściu wraz z ostatnimi klientami i właścicielem wsunęłam swoją dłoń w jego. Była ciepła, lekko spocona. Pociągnęłam go w noc oświetloną latarniami. Nie protestował, oddychając coraz szybciej gdy biegiem dotarliśmy do ciemnych uliczek. W milczeniu przerywanym skrzypieniem butów na zmrożonym śniegu, pokazywałam mu te najpiękniejsze miejsca. Czerwony skrawek ciepłej rękawiczki chroniącej moją dłoń, co chwila migał na tle granatowego nieba, bieli otoczenia i szarości budynków. Kiwał głową jak piesek przy tylnej szybie samochodu. Kontemplował ? A może milczał, bo wypadało. Tego wieczoru kochaliśmy się na moim materacu, rozgrzani malinową herbatą, z rumieńcami na policzkach. Rozgrzani ciepłem ciał, z kroplami potu na czole, ze spierzchniętymi od pocałunków ustami. Nie został. Wielokrotnie później wychodził ode mnie nad ranem, żegnając się pocałunkiem w czoło. Po ojcowsku, wedle schematów w które wtłoczyło nas rodzinne wychowanie. Wciąż łączyły nas notatki. Stały się dodatkiem do wspólnych rozmów i kłótni,  celebrowanych później urywanymi jękami, które tężały w wypełnionym erotyzmem powietrzu. Mrużenie oczu, ślady moich paznokci na jego plecach, jego obecności we mnie na pościeli. Aryeh często milczał, celebrując ocieranie się o rzeczywistość w towarzystwie drugiej osoby. Często krzyczał a na jego skroni drgała wtedy mała żyłka. Prawie zawsze stawiał na swoim, okradając mnie z oburzenia, łobuzerskim błyskiem w oku. Zakochane kundle biegały po skwerach gdy nadeszła wiosna. Nie goniłam ich, nie ganiłam za szczekanie pod moim oknem. Byłam jednym z nich.
Po licencjacie zabrał mnie na Mazury, przedstawił rodzinie, kupił bukiet kwiatów i klękając na jednym kolanie nocą, przy jeziorze przypieczętował siłę naszego bycia. Wśród chmary komarów, chichotaniu nastolatków w krzakach i upale nocy letniej powiedziałam „tak”. Nie było romantycznie.
Po magistrze zlikwidowaliśmy nasze książeczki mieszkaniowe i wykupiliśmy  własny kąt. Pewnego dnia, bez uzgodnienia ze mną stanął w drzwiach z dwoma robotnikami. Bezpardonowo, nie reagując na moje zdziwienie, wniósł do domu kartony w którym znajdowało się, później przez niego skręcone, nasze łóżko. Nigdy nie pytał mnie o zdanie w kwestiach zdałoby się dla niego najważniejszych. Gdy dwa miesiące później oznajmił mi, że wyjeżdża do Iraku jako dziennikarz wojenny jego decyzja była nieodwołalną. Krzyczałam. Zabraniałam. Płakałam i odsyłałam go do diabła. Nie kupował czekoladek na przeprosiny, nie próbował tłumaczyć, nie zamiatał potrzaskanych talerzy i kubków. Milczał. Nie powiedział nic, nawet gdy na lotnisku z dłoni zsunęłam pierścionek i położyłam na jego otwartej dłoni. Z naszego związku zatrzymałam mieszkanie. Mogłam jego. Wielokrotnie próbowałam. Chyba za słabo.

Dwa lata później, listopad 2005
Zaproszenie leżało na środku stołu. Ściągało wzrok. Zapaliłam kolejnego papierosa a wolną dłonią sięgnęłam po nie. Opuszki starannie zaczęły gładzić delikatny papier. Litery układały się w słowa.
„Mają zaszczyt zaprosić na ślub, który odbędzie się …”. Czas płynie szybciej niż woda, choć wielu właśnie do wody go przyrównuje. Od naszego pożegnania na lotnisku przemknęły mi między palcami dwa lata. Może zbyt mocno je rozczapierzyłam, może powinnam je ścisnąć i nie pozwolić uciekać chwilom. Od ostatniego spotkania z nim minęło trzy i pół tygodnia, od listu 4 dni. Za długo, zbyt dużo sekund wypełnionych czekaniem.
- Dwunasty styczeń. – Data wypływa z moich ust obrzucając ciszę dźwiękiem. Przymykam oczy zaciągając się dymem papierosowym. Nikotyna przylepia się do miękkiej tkanki dróg oddechowych, owija wokół niej pieszcząc delikatnie zabójczą trucizną. Tak, Aryeh z pewnością będzie wymarzonym panem młodym.

14 Marzec 2008
Nadeszła kolejna wiosna. Czas narodzin. Zmęczona natura, zmęczeni zimą ludzie. Pierwszy pęd wybija się na poszarzałej gałązce. Niezauważony samozwaniec zwiastujący swoim przetrwaniem, że to już ten czas. Udowadniający pobratymcom możliwość istnienia. Świat gna w codzienności. Zapachy nabierają wielorakich znaczeń. Hormony i endorfiny bez uzasadnienia rozpoczynają wędrówkę w organizmach, nie przeczuwającego niczego tłumu. Powoli, z namysłem: czy aby nie za wcześnie ? Powracają do życia, ze stanu wegetacji, parkany, łąki i drzewa. Soczysta zieleń puchnie pod powieką nakrywającą zmęczone intensywnością barw oko. Zapach trawy uderza w nozdrza. Jeszcze kilka tygodni. Intensywność barw zacznie blednąć pod naporem upalnych dni i coraz cieplejszych nocy. Siła splecenia ciał kochanków osłabnie. Zgaszony chlorofil przestanie cieszyć kolorem. Śpiew ptaków, zdawałoby się tak wesoły, stanie się monotonicznym wrzaskiem a względny spokój i znużenie ponownie zawładną ziemskim padołem. I spódnica już nikogo nie zdziwi i ciała opalone zleją się w plamę złotej ropy unoszonej chodnikową falą popołudnia.
Ósmy przystanek. 17:26. Prześlizguję się w tłoku i opuszczam autobus. Pani w okularach, z czerwonymi oprawkami, prycha pogardliwie, dając do zrozumienia, że mogłam chwilę wcześniej rozpocząć swoją wędrówkę ku drzwiom. Chodnik pozwala mi złapać grunt pod nogami. Kilkaset metrów których nigdy nie odmierzałam. Cień budynku naprzeciw, osłaniający bramę kamienicy w której znikam. Pan Staszek pozdrawia mnie z drugiego piętra przez okno. Odmachuję mu w geście lokatorskiej solidarności, chcąc uniknąć odbijania się mojego głosu, echem wśród murów. Półmrok na klatce nigdy nie pozwolił mi się do siebie przyzwyczaić, mimo to schematyczność moich działań, powielanych codziennie, pozwala mi na obcowanie z nim. Gładki papier kopert zostaje opleciony silnym uściskiem opuszków. Bank, bank, rachunek za telefon, niebieska koperta. Pochyłe pismo, specyficzne „S”. Serce uderza w żebra gruchocząc moje myśli.
- Aryeh – Wilgotne słowo przylepia się niczym mantra do zaschniętych ust. Powtarzane wielokrotnie aż do drzwi mieszkania. Dłoń nie drży a zamek wcale się nie zacina. W przedpokoju wysuwam zmęczone obcasem, stopy z butów. Klucze mają swoje miejsce, torebka ma swoje miejsce, czajnik na kuchence, czekający, aż odkręcę pod nim gaz i nastawię sobie wodę na herbatę, też ma swoje miejsce. Tylko ja nie potrafię go odnaleźć. Miejsca. Nie czajnika.
17:50
 Rytuał zostaje zachowany, bez zbędnego bezczeszczenia jego kolejności. Kiedy już w dłoni dzierżę kubek a garsonkę zastępują jeansy siadam przy kuchennym stole. Autor, charakter pisma, koperta. Wszystko to samo. Jedynie treść się zmienia. Imiona poznawanych ludzi, słowa wyrażające emocje, sytuacje w jakich się znalazł, kolejne daty kiedy wraca. A potem moje kolejne noce niecierpliwego oczekiwania. Kolejne nigdy nie wypowiedziane  słowa tęsknoty, kiełkujące wśród myśli wyprodukowanych ponad normę.
 Zawartość niebieskich kopert bez względu na ich obfitość czytuję kilkakrotnie. Czasami płaczę, szlocham, kwilę, lub celebruję jedynie słonawym smakiem ciszę. Potem czeszę włosy, jakby ich sposób egzystencji w nieładzie kłócił się z moimi przekonaniami. Nigdy nie wyrzucam listów. Od nikogo. Nigdy nie mieszam listów. Niebieskie koperty mają osobne pudełko, małą świątynię wśród ulubionych książek, kadzidełek i szklanej kuli z pęcherzykami powietrza. Pudełko otwieram raz w roku, czytam wszystkie przysłane wieści na nowo, zamykam. Nauczenie się Dziesięciu Przykazań na pamięć, nie gwarantuje nam, że je zrozumiemy.

29 Marzec 2008
Nigdy nie miałam dość czasu aby przyzwyczaić się do sińców pod jego oczami. Nigdy mi tego nie nakazywał aprobując moje kiwanie głową na znak niezadowolenia. Wytrzymywał  każde spojrzenie topiąc je w szarości swoich źrenic. Parzył język i klął cicho pod nosem, że kawa za gorąca. Studiował moje rysy. Kelnerce zostawiał napiwek i złożoną w łabędzia serwetkę. Otaczał mnie na pożegnanie ramieniem silnym i zachłannym.
Wczoraj znowu kiwałam głową. Kilka godzin lekkości  rozmowy dwojga starych dobrych przyjaciół. Telefon od jego żony, że czeka z kolacją. Jego przepraszający wzrok, moje „nie ma sprawy”. No tak żona, nie ja… Znowu napisze, znowu wróci. Obiecał, zawsze obiecuje. Zawsze dotrzymuje obietnic.
Znowu czekam. Zawsze będę czekała.

Kwiecień 2008
Wieczorem w wiadomościach podano informację o zamieszkach w Iraku. Strach pobladł na zagryzionej wardze, pokój zawirował jak karuzela w wesołym miasteczku. Czy tylko mnie ten fakt tak zmartwił ?

Maj, czerwiec, lipiec.

Sierpień
Urywany, krótki dzwonek do drzwi. Krzyk mewy nad morzem, przegonionej z plaży przez miejskie stopy. Przez brak poszanowania dla natury. Nie tylko w filmach bliskie nam osoby zapowiadają swoje nadejście jakimś sygnałem. Każdy lubi myśl, że osobie po drugiej stronie drewnianej bariery drżą dłonie, rośnie puls i serce podskakuje kłócąc się z rozumem, o swoje chwile szaleństwa. Upalne wieczory nie pozostawiają chłodu na ciele. Rozgrzani ciepłem tężejącego powietrza i własnymi pragnieniami ludzie obijają się o siebie, chcąc przetrwać kolejne dni.
Potrząsa głową, uśmiecha się do siebie wstając z krzesła. Czy gdyby na powitanie mu powiedziała, że siedziała przy stole z założonymi rękoma, wyśmiałby tą jej próbę cierpliwości ? W samej sukience podchodzi do drzwi i spogląda przez judasza. W tym krzywym zwierciadle Aryeh wydaje się być taki śmieszny. Szerokie ramiona i duża głowa. Złączone, maleńkie nogi w wypranych jeansach. Opiera na chwilę głowę o drzwi a oddech przyspiesza, pozostawiając na karminie ciepłą i zdałoby się wiotką otoczkę. Nagle siła uderzenia w drzwi odrzuca ją z przestrachem. Regularne, równomierne walenie…

Otwieram oczy. Pościel mokra, za oknem aksamitna czerń i nienaturalnie wielki księżyc. Ręcznikiem leżącym przy łóżku przecieram spoconą szyję i twarz. Stopy zderzają się z chłodem paneli. W drzwiach stoi przerażona sąsiadka, prosząc abym zawiozła jej dziecko do szpitala. I myśl okrutna. Dlaczego Ja ? Nawet jeśli to tylko złuda, to chciałam pozostać w tym śnie.


Wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń, luty…


25 Marzec 2009
Minął prawie rok. A może nie ? Straciłam rachubę. Dni, tygodnie, miesiące. Jakie to ma znaczenie bez Niego ?
Deszcz nie pada. Zapalam znicz. Nagrobek nijaki, tylko te słowa „Zginął śmiercią tragiczną”. Nienawidzę kwietnia. Nie przetrwam go. Nie wiem jak.

Są miłości do których można by doczepić jedynie karteczkę „za późno”. Są miłości które zabijają.



- zamieszczone na prośbę M.

"Wymyśliłam cię"

Mam ochotę na lody, na ciepłe dłonie otulające szorstkością chłód moich opuszków.
Na uśmiech z dziurką w policzku, plac zabaw, zastanie przy parkowej ławce.
Na zieleń tęczówek w latarnianym blasku wieczora.
Pożegnania te zwyczajne. Tęsknotę.
Na dotyk przyzwalający, zniewolenie intymności.
Na spełnienie moich gniewnie rozczapierzonych myśli, w których rozbierasz mnie ze wstydu.

Za oknem pada gęsty śnieg.
I nie powiem ci jak bardzo chcę dziś być Twoja.
 Przecież jedzenie lodów zimą jest niedorzeczne.

niedziela, 14 marca 2010

Pajęczarka

Dwa dni temu spotkała mnie straszna ulewa. Wiatr osłabił fundamenty mojego prowizorycznego schronienia, nazywanego przez innych wielkodusznie domem. Więc niech będzie. Dom mój został niemalże doszczętnie zniszczony a resztki, które przetrwały niczym kamień węgielny, wciąż toną w malejących, z dnia na dzień pod wpływem promieni słonecznych, kroplach. Od dwóch dni nie potrafię zasnąć ,wdrążona w świat wspomnień z czasu ulewy. Przymykam zmęczone oczy i wciąż czujnie nasłuchuję odgłosów nocy. Chłód schodzi coraz niżej po gałęziach, gdy w mojej głowie powraca ten wyimaginowany obraz, oparty na zmyśle słuchu. Żuki, mrówki i wszystkie inne mi nieprzychylne stworzenia poczęły ewakuację do ściółki bądź pod korę drzew
i tam w letargu usiłowały przetrwać. Nasłuchiwałam deszczu samotnie spoglądając jak natura wraca do równowagi. W tych miarowych uderzeniach o liście wybijał się dźwięk cichy i szemrany, który dosłyszeć mogłam w momentach względnego spokoju ze strony wiatru. Spowolnione rycie korników pod osłoną drewna, drążenie korytarzy w słojach pni. Niecierpliwe postukiwania chrabąszczy i ocierania ich chitynowych pancerzy o korę. Próby brzęczenia w ulu zawieszonym nieopodal mojej pajęczyny. I wtedy zrozumiałam ich szczęście i smutek. Smutek z niemożności wyłączenia się z tej zbiorowości i szczęście jakie posiadają
i którego nie potrafią dostrzec. Posiadając wokoło pobratymców i mogąc obcować z nimi zapomnieli jak to dobrze mieć kogoś. Wszak tkanie pajęczych sieci to żmudne zadanie nawet jak dla mnie, wyrobionej po dekadach przyzwyczajeń i doświadczeń. Nuda mi wtedy doskwiera i dłuży się robota. Nucę sobie coś czasem, łatając kolejne uchybienia w misternej plątaninie. Czasem wpadnie mucha, miota się bzycząc żałośnie. Zafascynowana oglądam ten taniec wydzierający z niej ostatnie siły życia, słucham tego dźwięku przekonana, że przemawia do mnie. W przyczajeniu, na ugiętych odnóżach czekam i chłonę ten piękny spektakl. Tylko dla mnie.

Po ostatnim deszczu „lataki”, jak określam je pieszczotliwie, nie błądzą w moich rejonach. Zbyt tu jeszcze wilgotno, zlepiły by sobie skrzydła, ocierając się o chlorofil. Wypełniłam już ubytki a dzisiaj z naciskiem przemieszczam  się po nowej, wzmocnionej konstrukcji, w celu strząśnięcia ostatnich kryształków wody. Kiedy ponownie poczną zniżać loty będę gotowa. I znowu w ekstatycznym tańcu utonie moja ofiara i ja, jej wierny na kilka chwil wielbiciel.

sobota, 13 marca 2010

Wyliczanka

Wysoka, szczupła, naturalna blondynka z niebieskimi oczami, których spojrzenie było podkreślone delikatnym makijażem. Miała drobne piegi, prosty nos, twarz w kształcie serca, lekko zadarty podbródek i duże usta. Nie wydatne a duże. W czerwonym płaszczyku zajęła w autobusie miejsce tuż za drugimi drzwiami. W tłumie nijakości przyciągała wzrok. Zjawiskowo piękna, spoglądająca za szybę.

A mimo to przez chwilę myśl niespokojna ogarnęła mój umysł.
Że idealne dopasowanie wrażliwego charakteru do jej osoby jest błędem.
Że jest zadufaną w sobie i pustą osobą, z którą nie ma o czym porozmawiać.

Dziewczyna dłonią przeczesała złociste pasma. Otworzyła torbę spoczywającą na kolanach. Skórzaną
w cielistym kolorze, trochę podniszczoną (taką, jaką kiedyś dała mi moja mama). Jej drobne palce wyjęły z niej książkę. "Oskar i Pani Róża".

Moje sumienie zostało skarcone.

piątek, 12 marca 2010

Tak ciężko się zasypia gdy głowa nabita słowami. Kołdra za ciepła, materac zbyt twardy, latarnia za oknem bezczelnie zagląda do środka, rozpraszając myśli.  Poczwary wymykają się. Pełzną po ścianach, wchodzą
w szczeliny i uśmiechają złowieszczo w oczekiwaniu na mój ruch. Nie robię nic. Zaciskam kolejny raz powieki i liczę do stu wyobrażając sobie barany. Czarne, pokrzywione, z bezosobowym spojrzeniem.

Podejmowanie decyzji bywa trudne.




Kiedyś
Otulona stęchlizną herbaty
i gorzkim bezsłowiem
Powiem ci prawdę.

Spowiedź oczyści pulsująca poczwarkę
Rozszerzą się źrenice strachu
Zakołatają zastawki udawanego niespodziewania

I kiedy napęcznieją słowa
I kiedy uniesiesz nieboskłon brwi
I kiedy huragan zmiecie oczekiwanie

Pomiędzy moim a Twoim oddechem, nie będzie Nas.

Kiedyś
przemilczę sąd ostateczny

środa, 10 marca 2010

Piję do lustra

Załamany półmrok filtruje się przez prawie puste szkło butelki. Zajączek na ścianie.
Pierwsza odzywa się współtowarzyszka z tafli.

- Masz takie zamyślone oczy
- Czy wiesz, że wódka zawsze bardziej smakowała mi z sokiem porzeczkowym ?

Unosi równomiernie ze mną kieliszek. Bez toastu.
Uroniła kilka kropel drżącą dłonią. Ślad na moim t-shircie.
Śmiejemy się. Głośniej. Milkniemy. Rozlewam resztki przezroczystej cieczy. Patrzę jej w oczy. Uśmiecham lekko.

- Nic już nie mów. Upij się po prostu.
- I ten uśmiech. Bo zbyt wiele w Tobie przekorności.
- Wiesz jak to jest. Wiem, że doskonale wiesz. Nawet teraz w zamroczonym umyśle, sparaliżowanym etanolem czai się ta świadomość.

Gorycz mnie dławi. Milknę. Ona czeka cicho.

- Na czym to skończyłam ? Świadomość.  Trwanie w czymś co Cię wykańcza, bo nie potrafisz inaczej. 
I kiedy tylko otaczają cię inne ciała unosisz te cholerne kąciki ust, bo nawet tego nie potrafisz zmienić.
- Pachniesz smutkiem

Unoszę ostatni tego wieczora kieliszek.
- Za błędy.