Wyrwij mi kilka włosów i noś je na ubraniu. Jako strzępki naznaczenia. Strzepuj udawanym przypadkiem, że wcale nie chciałeś aby zostały na płaszczu, mimo, że wieczór wcześniej z precyzją układałeś je w porozrzucaniu.
Zagryź do krwi wargę, by wtłoczyć pod skórę bladych ust resztki mojej szminki. Potem przyklej plaster, żeby alkohol jej nie zmył do czasu całkowitego zagojenia.
Rozdrapuj rany, które zostawiłam ci na barkach. Codziennie, gdy tylko strupy zaczynają je pokrywać. Nie pozwól bym zniknęła. Zamknij mnie w swoich bliznach.
Chcę zostać na Twoich dłoniach, szyi, twarzy. Chcę byś mną pachniał. Chcę byś nerwowo
zapalając papierosa myślał o tym, że teraz dokonujesz egzekucji mojej
obecności w swoim życiu. I miej poczucie winy zostawiając mnie na nieskończenie momentu, pomiędzy wyjściem do kuchni i powrotem, gdy zaparzasz mi herbatę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz