W poblasku wieczoru rozbieramy ze wstydu nasze oblicza.
Chropowaci, porośnięci substancjami smolistymi wieczornych niepewności.
Poznajemy się delikatnym pomrukiem wyziębłych dłoni.
Smakujesz zagryzioną do krwi wargą zamyślenia.
Oddechem prowokującym zetknięcie naszych ciał.
Zamkniętą w klatce chodnikowego taktu fanaberią chwili.
Ekstazą skrytą za uniesieniem brwi.
Kwaśno, słodko, cierpko, słono.
Wilgocią znaczę ślady mojej obecności.
Bez słów które chciałbyś usłyszeć.
I których nie wypowiem.
Przecież sny nie trwają wiecznie.
A ja nie skłamię, że się nie boję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz