Pobudka o szóstej rano. Nie, nie wyłączam hałaśliwego budzika. Wstaję. Zimna podłoga dreszczem przenika moje ciało. Szybki prysznic, kawa z chudym mlekiem, śniadanie w postaci kanapki chwyconej naprędce w rękę (jednak zawsze zrobionej ściśle według diety). Torba, strój, ręcznik, żel pod prysznic, kilka kosmetyków i sukienka. Czarna, koktajlowa. Parę minut na rozmowę z, dopiero co obudzonym, narzeczonym i jazda na trening.
Sala prawie pusta, tylko trener i Ja. Najpierw kilka ćwiczeń rozciągających i siłowych, rozgrzanie ciała poprzez sprint a potem już w kółko to samo: krótki rozbieg, mocne wybicie, chwila lotu i miękkie lądowanie na grubym bordowym materacu. Proste ? Z pozoru tak, jednak chwila nieuwagi może spowodować złe odbicie i strącenie tej cholernej poprzeczki wiszącej na wysokości ponad dwóch metrów. Jest dziesiąta trzydzieści. Pierwszy, drugi, trzeci błąd. Czerwieniejąca twarz pięćdziesięciolatka dyrygującego moim ciałem. Chwyta mnie za ramiona, wygina ciało pokazując jak ma być ułożone w decydującej fazie lotu, podnosi głos, w końcu zarządza przerwę.
Zawsze liczę do pierwszej setki. Każdy skok po kolei. Potem zaczynam się gubić. Tracę panowanie nad czasem, myślami, przestaję rejestrować podniesione głosy innych trenujących, którymi zapełnia się sala. Kilkanaście kroków. Czy można wśród szumu słyszeć tylko tyle ? Ja nauczyłam się tak słyszeć kilka lat temu. Słyszę tak codziennie, dopóki nie czuję uderzenia o materac. Dopóki nie wybija czternasta.
Wszystko jak w grafiku. Prysznic, suszenie włosów, lekki makijaż. Dzisiaj czwartek. Jedni nie lubią poniedziałków, inni niedziel, ja nie znoszę czwartków. Szybkiego obiadu, powtarzających się obrazów za szybą, gdy jedziemy na konferencję prasową lub na spotkanie ze sponsorem. Zawsze w to samo miejsce. Nie znoszę tych ciekawskich pytań dziennikarzy, błysków flesza, siedzenia prosto. Padają zazwyczaj te same pytania. Trener odpowiada na większość. Właśnie przytacza historię skoku wzwyż. Że był już od pierwszych igrzysk nowożytnych jedną z głównych dyscyplin, że do lat 50. dwudziestego wieku skoki oddawano z miejsca, że teraz jest rozbieg i pokonywanie poprzeczki w pozycji poziomej, plecami do podłoża, że dzięki temu możliwość osiągania wyższych wyników znacznie wzrosła. Bla, bla, bla. Słowa słyszane tysięczny raz, kupowane przez te dziennikarskie handlary wiadomościami. Nigdy nie pytają o najważniejsze a ja nie mówię. Po co, jeszcze piętnaście minut i skończy sie widowisko.
Znowu w drodze i dwie godziny u masażysty. Nie mówi wiele, za co go cenię, po prostu dobrze wykonuje swoją pracę. Rozluźnione mięśnie pozwalają na swobodny oddech, jeszcze trochę. Dojeżdżam do domu. Czeka dietetyczna kolacja. Torba ląduje na podłodze, sukienkę zastępuje dres. Osiem lat temu wyjęłabym z zamrażarki lody i usiadła przed telewizorem. Osiem lat temu, no właśnie. Od tego czasu ten zwykły, stary zastąpiła plazma, a kanapę z łatami, skórzana sofa. Śródmieście, strzeżony parking, winda, pomarańczowe ściany i ciepłe ramiona otulające mnie w łóżku. Ciche chrapanie przy uchu, mój uśmiech w ciemności.
Nie mogę zasnąć. Ostatnio coraz częściej zastanawiam się jak najprościej można zmierzyć sukces ? Czy są to setki fanów na trybunach, tysiące na moim koncie ? Ilość autografów które rozdaję, te wszystkie prywatne wywiady. Zapytałam koleżankę, dla niej sukces to wysokość zaledwie 2 metry. A dla mnie ? Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż ciężar medalu na szyi. Tak, gdybym mogła zmierzyć sukces „ludzką” miarą, ważyłby jakieś 300 gram.
22:47 zasypiam spokojna.
Sala prawie pusta, tylko trener i Ja. Najpierw kilka ćwiczeń rozciągających i siłowych, rozgrzanie ciała poprzez sprint a potem już w kółko to samo: krótki rozbieg, mocne wybicie, chwila lotu i miękkie lądowanie na grubym bordowym materacu. Proste ? Z pozoru tak, jednak chwila nieuwagi może spowodować złe odbicie i strącenie tej cholernej poprzeczki wiszącej na wysokości ponad dwóch metrów. Jest dziesiąta trzydzieści. Pierwszy, drugi, trzeci błąd. Czerwieniejąca twarz pięćdziesięciolatka dyrygującego moim ciałem. Chwyta mnie za ramiona, wygina ciało pokazując jak ma być ułożone w decydującej fazie lotu, podnosi głos, w końcu zarządza przerwę.
Zawsze liczę do pierwszej setki. Każdy skok po kolei. Potem zaczynam się gubić. Tracę panowanie nad czasem, myślami, przestaję rejestrować podniesione głosy innych trenujących, którymi zapełnia się sala. Kilkanaście kroków. Czy można wśród szumu słyszeć tylko tyle ? Ja nauczyłam się tak słyszeć kilka lat temu. Słyszę tak codziennie, dopóki nie czuję uderzenia o materac. Dopóki nie wybija czternasta.
Wszystko jak w grafiku. Prysznic, suszenie włosów, lekki makijaż. Dzisiaj czwartek. Jedni nie lubią poniedziałków, inni niedziel, ja nie znoszę czwartków. Szybkiego obiadu, powtarzających się obrazów za szybą, gdy jedziemy na konferencję prasową lub na spotkanie ze sponsorem. Zawsze w to samo miejsce. Nie znoszę tych ciekawskich pytań dziennikarzy, błysków flesza, siedzenia prosto. Padają zazwyczaj te same pytania. Trener odpowiada na większość. Właśnie przytacza historię skoku wzwyż. Że był już od pierwszych igrzysk nowożytnych jedną z głównych dyscyplin, że do lat 50. dwudziestego wieku skoki oddawano z miejsca, że teraz jest rozbieg i pokonywanie poprzeczki w pozycji poziomej, plecami do podłoża, że dzięki temu możliwość osiągania wyższych wyników znacznie wzrosła. Bla, bla, bla. Słowa słyszane tysięczny raz, kupowane przez te dziennikarskie handlary wiadomościami. Nigdy nie pytają o najważniejsze a ja nie mówię. Po co, jeszcze piętnaście minut i skończy sie widowisko.
Znowu w drodze i dwie godziny u masażysty. Nie mówi wiele, za co go cenię, po prostu dobrze wykonuje swoją pracę. Rozluźnione mięśnie pozwalają na swobodny oddech, jeszcze trochę. Dojeżdżam do domu. Czeka dietetyczna kolacja. Torba ląduje na podłodze, sukienkę zastępuje dres. Osiem lat temu wyjęłabym z zamrażarki lody i usiadła przed telewizorem. Osiem lat temu, no właśnie. Od tego czasu ten zwykły, stary zastąpiła plazma, a kanapę z łatami, skórzana sofa. Śródmieście, strzeżony parking, winda, pomarańczowe ściany i ciepłe ramiona otulające mnie w łóżku. Ciche chrapanie przy uchu, mój uśmiech w ciemności.
Nie mogę zasnąć. Ostatnio coraz częściej zastanawiam się jak najprościej można zmierzyć sukces ? Czy są to setki fanów na trybunach, tysiące na moim koncie ? Ilość autografów które rozdaję, te wszystkie prywatne wywiady. Zapytałam koleżankę, dla niej sukces to wysokość zaledwie 2 metry. A dla mnie ? Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż ciężar medalu na szyi. Tak, gdybym mogła zmierzyć sukces „ludzką” miarą, ważyłby jakieś 300 gram.
22:47 zasypiam spokojna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz