Śniłam namacalnie, odczuwając wszystkimi zmysłami. Wzrok, zapach, dźwięk, dotyk. Drżenie liści, chłód wywołujący gęsią skórkę, tembr uniesionego głosu pokryty szeptem, deszcz uderzający dużymi kroplami w nieokryte ciało, cykada dzikich owadzich odnóży i skrzydeł.I drugi osobnik, swoim pojawieniem się zmieniający scenerię.
Śniłam mężczyznę. Którego kiedyś pożądałam. Który pożądał mnie. Ocieraliśmy się o siebie znaczeniowo i fizycznie, karmiąc nasze seksualności. Budując sacrum sytuacji i pozwalając mu rosnąć do granic wytrzymałości. Zupełnie zaskakująco. Intymnie, lepko, duszno.
Śniłam o spełnieniu, które przyszło okryte nocą, w mojej wyobraźni.
I budząc się rano zapragnęłam. Tylko przez chwilę. Nim chłód podłogi rozlał się po ciele, od bosych stóp ku sercu, wywołując dreszcz otrzeźwienia z mary nocnej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz