Miłość jest zbitką wpływających
nawzajem na siebie składników, teoretycznym modelem według Johna
Lee czy Bardisa. Poprzedzona zakochaniem, opartym na
fenyloetyloaminie i dopaminie. Wywołuje silną więź, pożądanie,
namiętność i intymność. A może to namiętność i pożądanie
definiuje się jako zalążek miłości ?
Pożądaliśmy się niedostrzegalnymi
gestami. Drżącym nieboskłonem uniesionych w zdumieniu brwi,
szorstkimi, od nasyconego jodem powietrza, ustami. Drapaniem w
gardle, dotykiem spoconych dłoni, ciepłem splecionych ciał przy
zachodzie słońca.
Nieunikniona czerń nocy, odbijająca się
pukaniem do drzwi hotelowego pokoju. Echo przełknięcia śliny,
rozszerzone źrenice, nerwowy uśmiech. Lwy odchodzą od ofiary, gdy
zaspokoją głód. Ja byłam pożerana nieustannie. Spalana uczuciem
bólu, miażdżona siłą jego suchych warg. Kąsana, muskana,
całowana, pieszczona. Twardym męskim zarostem znaczył ślady na
moim ciele. Od ust, po szyję, barki, piersi, brzuch, podbrzusze, uda
i moją kobiecość. Fale nieustającego gorąca, dreszcze, krew
uderzająca do głowy. Przyspieszone oddechy i rozlewające się
błogim westchnieniem ciepło, gdy pierwszy raz we mnie wszedł.
Niezgraną, nierytmiczną, niezgrabną. Przymykającą oczy i
krzyczącą jego imię. Powoli pokazywał mi kierunek działania,
uczył dotyku, mojego własnego ciała i rozkoszy. Tego wieczoru, gdy
osiągnął spełnienie zapadła cisza. Żadne nie zapaliło
papierosa.
Nie pamiętam momentu kiedy wychodził, pęczniałam wtedy
niczym larwa, w zbyt małym kokonie, czekająca na opuszczenie go i
mająca świadomość, że to właśnie następuje. Byłam larwą.
Białą, oślizgłą, transformacją, konwulsyjnie rozpychającą
zbyt małą błonę wokół siebie. Czującą każdą najmniejszą
zmianę, która zachodziła w organizmie. I wiedziałam, że za
chwilę, gdy zmiana się dokona, nic już nie będzie takie samo. Nie
było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz