BARDZO PROSZĘ O NIE KOPIOWANIE TREŚCI ZNAJDUJĄCYCH SIĘ NA BLOGU, PRÓCZ CYTATÓW, FRAGMENTÓW PIOSENEK LUB ZDJĘĆ.

poniedziałek, 3 stycznia 2011


Miłość jest zbitką wpływających nawzajem na siebie składników, teoretycznym modelem według Johna Lee czy Bardisa. Poprzedzona zakochaniem, opartym na fenyloetyloaminie i dopaminie. Wywołuje silną więź, pożądanie, namiętność i intymność. A może to namiętność i pożądanie definiuje się jako zalążek miłości ?

Pożądaliśmy się niedostrzegalnymi gestami. Drżącym nieboskłonem uniesionych w zdumieniu brwi, szorstkimi, od nasyconego jodem powietrza, ustami. Drapaniem w gardle, dotykiem spoconych dłoni, ciepłem splecionych ciał przy zachodzie słońca. 

Nieunikniona czerń nocy, odbijająca się pukaniem do drzwi hotelowego pokoju. Echo przełknięcia śliny, rozszerzone źrenice, nerwowy uśmiech. Lwy odchodzą od ofiary, gdy zaspokoją głód. Ja byłam pożerana nieustannie. Spalana uczuciem bólu, miażdżona siłą jego suchych warg. Kąsana, muskana, całowana, pieszczona. Twardym męskim zarostem znaczył ślady na moim ciele. Od ust, po szyję, barki, piersi, brzuch, podbrzusze, uda i moją kobiecość. Fale nieustającego gorąca, dreszcze, krew uderzająca do głowy. Przyspieszone oddechy i rozlewające się błogim westchnieniem ciepło, gdy pierwszy raz we mnie wszedł. Niezgraną, nierytmiczną, niezgrabną. Przymykającą oczy i krzyczącą jego imię. Powoli pokazywał mi kierunek działania, uczył dotyku, mojego własnego ciała i rozkoszy. Tego wieczoru, gdy osiągnął spełnienie zapadła cisza. Żadne nie zapaliło papierosa. 

Nie pamiętam momentu kiedy wychodził, pęczniałam wtedy niczym larwa, w zbyt małym kokonie, czekająca na opuszczenie go i mająca świadomość, że to właśnie następuje. Byłam larwą. Białą, oślizgłą, transformacją, konwulsyjnie rozpychającą zbyt małą błonę wokół siebie. Czującą każdą najmniejszą zmianę, która zachodziła w organizmie. I wiedziałam, że za chwilę, gdy zmiana się dokona, nic już nie będzie takie samo. Nie było.

Brak komentarzy: