Jest 17:21. Upał zlewa się z drgającym asfaltem. Sukienka lepi mi się do spoconego ciała. Makijaż spływa do rynsztoku i gdybym zdjęła sandały, chodnik poparzyłby mi stopy. Jest duszno i pachnie spalinami. Kwiaty na miejskiej rabacie więdną, ciepło rozbudza agresję w bezdomnych kundlach, a kierowcom nie chce się zatrzymywać przed przejściem dla pieszych. Mijamy się na ulicy. W lekko wygniecionej koszuli i z nadmiarem żelu na włosach, przyglądasz mi się obco. Jakby neurony kazały ci staczać w głowie z góry przegraną walkę o to kim jestem.
Brak nocnych rozmów przez telefon, komunikator, skype'a. Brak wysłuchanych z winyli dźwięków, sernika Twojej mamy na Wielkanoc, leżenia na trawie, pocałunków w ulewie, przeziębienia po zabawie na śniegu. Krzyków, kłótni, wypadów do kina a nie na film, szybkich numerków w Twoim aucie, stania na peronie, siedzenia na ławce, smrodu papierosów, zadymionych pubów i moich wymiocion po zbyt dużej ilości wypitego piwa.
Odwracam wzrok i rzucam "kurwą" pod nosem, za odjeżdżającym autobusem. Już cię nie ma, przeszedłeś obok, skręciłeś za rogiem, został zmieszany odór ludzkich ciał czekających jak ja na kolejną godzinę odjazdu, z odrapanej przystankowej tablicy.
Wrócę do domu, włączę komputer, wezmę prysznic, będę się pieścić, otworzę colę, otworzę wódkę, otworzę okno i nową paczkę fajek. Głód pisania podejdzie mi do gardła. Wystukam krótki opis dzisiejszego anonimowego spotkania. Bez happy endu.
Brak nocnych rozmów przez telefon, komunikator, skype'a. Brak wysłuchanych z winyli dźwięków, sernika Twojej mamy na Wielkanoc, leżenia na trawie, pocałunków w ulewie, przeziębienia po zabawie na śniegu. Krzyków, kłótni, wypadów do kina a nie na film, szybkich numerków w Twoim aucie, stania na peronie, siedzenia na ławce, smrodu papierosów, zadymionych pubów i moich wymiocion po zbyt dużej ilości wypitego piwa.
Odwracam wzrok i rzucam "kurwą" pod nosem, za odjeżdżającym autobusem. Już cię nie ma, przeszedłeś obok, skręciłeś za rogiem, został zmieszany odór ludzkich ciał czekających jak ja na kolejną godzinę odjazdu, z odrapanej przystankowej tablicy.
Wrócę do domu, włączę komputer, wezmę prysznic, będę się pieścić, otworzę colę, otworzę wódkę, otworzę okno i nową paczkę fajek. Głód pisania podejdzie mi do gardła. Wystukam krótki opis dzisiejszego anonimowego spotkania. Bez happy endu.
Przecież oboje wiedzieliśmy, że tak to się skończy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz