Mimowolnie wzdrygam się wychodząc na ogród. Jest dziewiąta piętnaście, niebo wciąż płacze, papieros w ustach, zapalniczka wzbudza w nim żar. Pięciominutowy czas na pieszczotę własnej jaźni. Opieram się o stare drzewo, obserwując codziennie ten sam krajobraz. Unoszę głowę patrząc w zachmurzone niebo. Samolot tnie je w poprzek. Nowość na horyzoncie.
Gdy miałam osiem lat ojciec zabrał mnie i mojego brata na lądowisko dla helikopterów, mieszczące się niedaleko naszej wsi. Dwa helikoptery były niebieskie i stojąc za barierką, odgradzającą punkt bezpieczeństwa dla postronnych, czułam omalże ich stalową wszechmoc. Dla kilkuletniej dziewczynki były jak latające stwory. Niezrozumiałe, potężne, postrzegane z należytym dla techniki szacunkiem i sporą dozą obaw. Brat miał więcej odwagi, nerwowo wiercił się w miejscu pytając kiedy wejdziemy na płytę niepozornego lotniska. Nie chciałam jak on a mimo to poszłam, gdy jeden z pilotów skinął na ojca zezwalając mu nas wprowadzić. Wszystkie męskie oczy błyszczały i nieważne było w jakim wieku dany osobnik był. Stałam z boku przerażona tym co się działo. Z rozmowy wnioskowałam, że pilot był dobrym znajomym ojca, a pappi chcąc nam zrobić niespodziankę ugadywał się z nim, że weźmie nas na pokład helikoptera i przeleci z nami kawałek. A potem już nic nie było, czerń przed oczami i moje gwałtowne zaprzeczenia, że nie chcę. Mój wyolbrzymiony strach zaskoczył wszystkich dookoła i mnie samą. Płakałam.
Nie ma nic bardziej upokarzającego niż płakać przy kimś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz