Mając dziewiętnaście lat wkroczyłam w świat słowa przelanego za pomocą ciągu liter na papier. Erystyka w pracy dziennikarza pochłonęła resztki moich rozczłonkowanych myśli. Myśli podzielonych między kolejnymi wykładami, nazwiskami profesorów i pragnieniem pisania w przyszłości w celach zarobkowych. Zasypiając o trzeciej nad ranem, po pracy na nocną zmianę w barze odczuwałam spełnienie. Często na chwiejnych ze zmęczenia nogach, sporadycznie z promilami, które buzowały w żyłach docierałam do materaca, mającego być zamiennikiem łóżka, które zostało w rodzinny domu. Momentami bezsenność dotykała mnie swoimi zimnymi i śliskimi mackami. Pozwalałam jej na ten akt bezcielesny odnajdując w niej sprzymierzeńca. Minuty tworzące spójną godzinową całość, stawały się czasem użytecznym, spędzanym na rozmyślaniach bądź czynnym udziale w spełnianiu zamierzeń. Zrozumiałam, że te niczym niezapełnione nocne oczekiwania na sen, gdy mimo ciepłej kołdry nie potrafisz zapaść w niebyt, są swoistego rodzaju darem. Czas płynie wtedy wolniej a miasto nocą nie uderza w twarz bezosobowością. Pragnienie podzielenia się swoim, jakże prozaicznym, odkryciem pchnęło mnie w jego ramiona. A może to on mnie w nie wciągnął pozwalając myśleć, że było inaczej. Ambitny i cyniczny, nie potrafił stworzyć spójności ze swoją wrażliwością. Ceniłam jego osobowość kawałkami, starając się nie dopuścić aby zlała się w całość.
Aryeh nigdy nie notował tłumacząc się wyższymi wartościami. Całkowite skupienie uwagi na wykładzie uznawał za priorytet. Wybrał mnie. Stałam się jego dostarczycielem notatek, które pożyczał i kserował sumiennie. Prozaiczna znajomość mająca na celu zaspokojenie potrzeb jednej ze stron. Z upływem dni, tygodni, miesięcy zaczęło mi schlebiać jego spojrzenie, którego coraz odważniej poszukiwałam w tłumie studentów. Jego kolano zetknięte z moim w trakcie wykładu, jakby taki stan rzeczy pozostawał najnaturalniejszym w świecie. Moje odważniejsze stroje. Głębsze dekolty, krótsze spódnice. Dla niego, nie dla innych. Zaproszenie do kawiarni. Nie było maja, była zima, śnieg i potworny chłód. Mróz szczypał w policzki, płatki śniegu siadały na włosach przechodniów bez czapek i na moich. Szarpnięciem za klamkę otworzył mi drzwi do lokalu. To ja wybrałam stolik, miejsce, temat rozmowy. Przy wyjściu wraz z ostatnimi klientami i właścicielem wsunęłam swoją dłoń w jego. Była ciepła, lekko spocona. Pociągnęłam go w noc oświetloną latarniami. Nie protestował, oddychając coraz szybciej gdy biegiem dotarliśmy do ciemnych uliczek. W milczeniu przerywanym skrzypieniem butów na zmrożonym śniegu, pokazywałam mu te najpiękniejsze miejsca. Czerwony skrawek ciepłej rękawiczki chroniącej moją dłoń, co chwila migał na tle granatowego nieba, bieli otoczenia i szarości budynków. Kiwał głową jak piesek przy tylnej szybie samochodu. Kontemplował ? A może milczał, bo wypadało. Tego wieczoru kochaliśmy się na moim materacu, rozgrzani malinową herbatą, z rumieńcami na policzkach. Rozgrzani ciepłem ciał, z kroplami potu na czole, ze spierzchniętymi od pocałunków ustami. Nie został. Wielokrotnie później wychodził ode mnie nad ranem, żegnając się pocałunkiem w czoło. Po ojcowsku, wedle schematów w które wtłoczyło nas rodzinne wychowanie. Wciąż łączyły nas notatki. Stały się dodatkiem do wspólnych rozmów i kłótni, celebrowanych później urywanymi jękami, które tężały w wypełnionym erotyzmem powietrzu. Mrużenie oczu, ślady moich paznokci na jego plecach, jego obecności we mnie na pościeli. Aryeh często milczał, celebrując ocieranie się o rzeczywistość w towarzystwie drugiej osoby. Często krzyczał a na jego skroni drgała wtedy mała żyłka. Prawie zawsze stawiał na swoim, okradając mnie z oburzenia, łobuzerskim błyskiem w oku. Zakochane kundle biegały po skwerach gdy nadeszła wiosna. Nie goniłam ich, nie ganiłam za szczekanie pod moim oknem. Byłam jednym z nich.
Po licencjacie zabrał mnie na Mazury, przedstawił rodzinie, kupił bukiet kwiatów i klękając na jednym kolanie nocą, przy jeziorze przypieczętował siłę naszego bycia. Wśród chmary komarów, chichotaniu nastolatków w krzakach i upale nocy letniej powiedziałam „tak”. Nie było romantycznie.
Po magistrze zlikwidowaliśmy nasze książeczki mieszkaniowe i wykupiliśmy własny kąt. Pewnego dnia, bez uzgodnienia ze mną stanął w drzwiach z dwoma robotnikami. Bezpardonowo, nie reagując na moje zdziwienie, wniósł do domu kartony w którym znajdowało się, później przez niego skręcone, nasze łóżko. Nigdy nie pytał mnie o zdanie w kwestiach zdałoby się dla niego najważniejszych. Gdy dwa miesiące później oznajmił mi, że wyjeżdża do Iraku jako dziennikarz wojenny jego decyzja była nieodwołalną. Krzyczałam. Zabraniałam. Płakałam i odsyłałam go do diabła. Nie kupował czekoladek na przeprosiny, nie próbował tłumaczyć, nie zamiatał potrzaskanych talerzy i kubków. Milczał. Nie powiedział nic, nawet gdy na lotnisku z dłoni zsunęłam pierścionek i położyłam na jego otwartej dłoni. Z naszego związku zatrzymałam mieszkanie. Mogłam jego. Wielokrotnie próbowałam. Chyba za słabo.
Dwa lata później, listopad 2005
Zaproszenie leżało na środku stołu. Ściągało wzrok. Zapaliłam kolejnego papierosa a wolną dłonią sięgnęłam po nie. Opuszki starannie zaczęły gładzić delikatny papier. Litery układały się w słowa.
„Mają zaszczyt zaprosić na ślub, który odbędzie się …”. Czas płynie szybciej niż woda, choć wielu właśnie do wody go przyrównuje. Od naszego pożegnania na lotnisku przemknęły mi między palcami dwa lata. Może zbyt mocno je rozczapierzyłam, może powinnam je ścisnąć i nie pozwolić uciekać chwilom. Od ostatniego spotkania z nim minęło trzy i pół tygodnia, od listu 4 dni. Za długo, zbyt dużo sekund wypełnionych czekaniem.
- Dwunasty styczeń. – Data wypływa z moich ust obrzucając ciszę dźwiękiem. Przymykam oczy zaciągając się dymem papierosowym. Nikotyna przylepia się do miękkiej tkanki dróg oddechowych, owija wokół niej pieszcząc delikatnie zabójczą trucizną. Tak, Aryeh z pewnością będzie wymarzonym panem młodym.
14 Marzec 2008
Nadeszła kolejna wiosna. Czas narodzin. Zmęczona natura, zmęczeni zimą ludzie. Pierwszy pęd wybija się na poszarzałej gałązce. Niezauważony samozwaniec zwiastujący swoim przetrwaniem, że to już ten czas. Udowadniający pobratymcom możliwość istnienia. Świat gna w codzienności. Zapachy nabierają wielorakich znaczeń. Hormony i endorfiny bez uzasadnienia rozpoczynają wędrówkę w organizmach, nie przeczuwającego niczego tłumu. Powoli, z namysłem: czy aby nie za wcześnie ? Powracają do życia, ze stanu wegetacji, parkany, łąki i drzewa. Soczysta zieleń puchnie pod powieką nakrywającą zmęczone intensywnością barw oko. Zapach trawy uderza w nozdrza. Jeszcze kilka tygodni. Intensywność barw zacznie blednąć pod naporem upalnych dni i coraz cieplejszych nocy. Siła splecenia ciał kochanków osłabnie. Zgaszony chlorofil przestanie cieszyć kolorem. Śpiew ptaków, zdawałoby się tak wesoły, stanie się monotonicznym wrzaskiem a względny spokój i znużenie ponownie zawładną ziemskim padołem. I spódnica już nikogo nie zdziwi i ciała opalone zleją się w plamę złotej ropy unoszonej chodnikową falą popołudnia.
Ósmy przystanek. 17:26. Prześlizguję się w tłoku i opuszczam autobus. Pani w okularach, z czerwonymi oprawkami, prycha pogardliwie, dając do zrozumienia, że mogłam chwilę wcześniej rozpocząć swoją wędrówkę ku drzwiom. Chodnik pozwala mi złapać grunt pod nogami. Kilkaset metrów których nigdy nie odmierzałam. Cień budynku naprzeciw, osłaniający bramę kamienicy w której znikam. Pan Staszek pozdrawia mnie z drugiego piętra przez okno. Odmachuję mu w geście lokatorskiej solidarności, chcąc uniknąć odbijania się mojego głosu, echem wśród murów. Półmrok na klatce nigdy nie pozwolił mi się do siebie przyzwyczaić, mimo to schematyczność moich działań, powielanych codziennie, pozwala mi na obcowanie z nim. Gładki papier kopert zostaje opleciony silnym uściskiem opuszków. Bank, bank, rachunek za telefon, niebieska koperta. Pochyłe pismo, specyficzne „S”. Serce uderza w żebra gruchocząc moje myśli.
- Aryeh – Wilgotne słowo przylepia się niczym mantra do zaschniętych ust. Powtarzane wielokrotnie aż do drzwi mieszkania. Dłoń nie drży a zamek wcale się nie zacina. W przedpokoju wysuwam zmęczone obcasem, stopy z butów. Klucze mają swoje miejsce, torebka ma swoje miejsce, czajnik na kuchence, czekający, aż odkręcę pod nim gaz i nastawię sobie wodę na herbatę, też ma swoje miejsce. Tylko ja nie potrafię go odnaleźć. Miejsca. Nie czajnika.
17:50
Rytuał zostaje zachowany, bez zbędnego bezczeszczenia jego kolejności. Kiedy już w dłoni dzierżę kubek a garsonkę zastępują jeansy siadam przy kuchennym stole. Autor, charakter pisma, koperta. Wszystko to samo. Jedynie treść się zmienia. Imiona poznawanych ludzi, słowa wyrażające emocje, sytuacje w jakich się znalazł, kolejne daty kiedy wraca. A potem moje kolejne noce niecierpliwego oczekiwania. Kolejne nigdy nie wypowiedziane słowa tęsknoty, kiełkujące wśród myśli wyprodukowanych ponad normę.
Zawartość niebieskich kopert bez względu na ich obfitość czytuję kilkakrotnie. Czasami płaczę, szlocham, kwilę, lub celebruję jedynie słonawym smakiem ciszę. Potem czeszę włosy, jakby ich sposób egzystencji w nieładzie kłócił się z moimi przekonaniami. Nigdy nie wyrzucam listów. Od nikogo. Nigdy nie mieszam listów. Niebieskie koperty mają osobne pudełko, małą świątynię wśród ulubionych książek, kadzidełek i szklanej kuli z pęcherzykami powietrza. Pudełko otwieram raz w roku, czytam wszystkie przysłane wieści na nowo, zamykam. Nauczenie się Dziesięciu Przykazań na pamięć, nie gwarantuje nam, że je zrozumiemy.
29 Marzec 2008
Nigdy nie miałam dość czasu aby przyzwyczaić się do sińców pod jego oczami. Nigdy mi tego nie nakazywał aprobując moje kiwanie głową na znak niezadowolenia. Wytrzymywał każde spojrzenie topiąc je w szarości swoich źrenic. Parzył język i klął cicho pod nosem, że kawa za gorąca. Studiował moje rysy. Kelnerce zostawiał napiwek i złożoną w łabędzia serwetkę. Otaczał mnie na pożegnanie ramieniem silnym i zachłannym.
Wczoraj znowu kiwałam głową. Kilka godzin lekkości rozmowy dwojga starych dobrych przyjaciół. Telefon od jego żony, że czeka z kolacją. Jego przepraszający wzrok, moje „nie ma sprawy”. No tak żona, nie ja… Znowu napisze, znowu wróci. Obiecał, zawsze obiecuje. Zawsze dotrzymuje obietnic.
Znowu czekam. Zawsze będę czekała.
Kwiecień 2008
Wieczorem w wiadomościach podano informację o zamieszkach w Iraku. Strach pobladł na zagryzionej wardze, pokój zawirował jak karuzela w wesołym miasteczku. Czy tylko mnie ten fakt tak zmartwił ?
Maj, czerwiec, lipiec.
Sierpień
Urywany, krótki dzwonek do drzwi. Krzyk mewy nad morzem, przegonionej z plaży przez miejskie stopy. Przez brak poszanowania dla natury. Nie tylko w filmach bliskie nam osoby zapowiadają swoje nadejście jakimś sygnałem. Każdy lubi myśl, że osobie po drugiej stronie drewnianej bariery drżą dłonie, rośnie puls i serce podskakuje kłócąc się z rozumem, o swoje chwile szaleństwa. Upalne wieczory nie pozostawiają chłodu na ciele. Rozgrzani ciepłem tężejącego powietrza i własnymi pragnieniami ludzie obijają się o siebie, chcąc przetrwać kolejne dni.
Potrząsa głową, uśmiecha się do siebie wstając z krzesła. Czy gdyby na powitanie mu powiedziała, że siedziała przy stole z założonymi rękoma, wyśmiałby tą jej próbę cierpliwości ? W samej sukience podchodzi do drzwi i spogląda przez judasza. W tym krzywym zwierciadle Aryeh wydaje się być taki śmieszny. Szerokie ramiona i duża głowa. Złączone, maleńkie nogi w wypranych jeansach. Opiera na chwilę głowę o drzwi a oddech przyspiesza, pozostawiając na karminie ciepłą i zdałoby się wiotką otoczkę. Nagle siła uderzenia w drzwi odrzuca ją z przestrachem. Regularne, równomierne walenie…
Otwieram oczy. Pościel mokra, za oknem aksamitna czerń i nienaturalnie wielki księżyc. Ręcznikiem leżącym przy łóżku przecieram spoconą szyję i twarz. Stopy zderzają się z chłodem paneli. W drzwiach stoi przerażona sąsiadka, prosząc abym zawiozła jej dziecko do szpitala. I myśl okrutna. Dlaczego Ja ? Nawet jeśli to tylko złuda, to chciałam pozostać w tym śnie.
Wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń, luty…
25 Marzec 2009
Minął prawie rok. A może nie ? Straciłam rachubę. Dni, tygodnie, miesiące. Jakie to ma znaczenie bez Niego ?
Deszcz nie pada. Zapalam znicz. Nagrobek nijaki, tylko te słowa „Zginął śmiercią tragiczną”. Nienawidzę kwietnia. Nie przetrwam go. Nie wiem jak.
Są miłości do których można by doczepić jedynie karteczkę „za późno”. Są miłości które zabijają.
Aryeh nigdy nie notował tłumacząc się wyższymi wartościami. Całkowite skupienie uwagi na wykładzie uznawał za priorytet. Wybrał mnie. Stałam się jego dostarczycielem notatek, które pożyczał i kserował sumiennie. Prozaiczna znajomość mająca na celu zaspokojenie potrzeb jednej ze stron. Z upływem dni, tygodni, miesięcy zaczęło mi schlebiać jego spojrzenie, którego coraz odważniej poszukiwałam w tłumie studentów. Jego kolano zetknięte z moim w trakcie wykładu, jakby taki stan rzeczy pozostawał najnaturalniejszym w świecie. Moje odważniejsze stroje. Głębsze dekolty, krótsze spódnice. Dla niego, nie dla innych. Zaproszenie do kawiarni. Nie było maja, była zima, śnieg i potworny chłód. Mróz szczypał w policzki, płatki śniegu siadały na włosach przechodniów bez czapek i na moich. Szarpnięciem za klamkę otworzył mi drzwi do lokalu. To ja wybrałam stolik, miejsce, temat rozmowy. Przy wyjściu wraz z ostatnimi klientami i właścicielem wsunęłam swoją dłoń w jego. Była ciepła, lekko spocona. Pociągnęłam go w noc oświetloną latarniami. Nie protestował, oddychając coraz szybciej gdy biegiem dotarliśmy do ciemnych uliczek. W milczeniu przerywanym skrzypieniem butów na zmrożonym śniegu, pokazywałam mu te najpiękniejsze miejsca. Czerwony skrawek ciepłej rękawiczki chroniącej moją dłoń, co chwila migał na tle granatowego nieba, bieli otoczenia i szarości budynków. Kiwał głową jak piesek przy tylnej szybie samochodu. Kontemplował ? A może milczał, bo wypadało. Tego wieczoru kochaliśmy się na moim materacu, rozgrzani malinową herbatą, z rumieńcami na policzkach. Rozgrzani ciepłem ciał, z kroplami potu na czole, ze spierzchniętymi od pocałunków ustami. Nie został. Wielokrotnie później wychodził ode mnie nad ranem, żegnając się pocałunkiem w czoło. Po ojcowsku, wedle schematów w które wtłoczyło nas rodzinne wychowanie. Wciąż łączyły nas notatki. Stały się dodatkiem do wspólnych rozmów i kłótni, celebrowanych później urywanymi jękami, które tężały w wypełnionym erotyzmem powietrzu. Mrużenie oczu, ślady moich paznokci na jego plecach, jego obecności we mnie na pościeli. Aryeh często milczał, celebrując ocieranie się o rzeczywistość w towarzystwie drugiej osoby. Często krzyczał a na jego skroni drgała wtedy mała żyłka. Prawie zawsze stawiał na swoim, okradając mnie z oburzenia, łobuzerskim błyskiem w oku. Zakochane kundle biegały po skwerach gdy nadeszła wiosna. Nie goniłam ich, nie ganiłam za szczekanie pod moim oknem. Byłam jednym z nich.
Po licencjacie zabrał mnie na Mazury, przedstawił rodzinie, kupił bukiet kwiatów i klękając na jednym kolanie nocą, przy jeziorze przypieczętował siłę naszego bycia. Wśród chmary komarów, chichotaniu nastolatków w krzakach i upale nocy letniej powiedziałam „tak”. Nie było romantycznie.
Po magistrze zlikwidowaliśmy nasze książeczki mieszkaniowe i wykupiliśmy własny kąt. Pewnego dnia, bez uzgodnienia ze mną stanął w drzwiach z dwoma robotnikami. Bezpardonowo, nie reagując na moje zdziwienie, wniósł do domu kartony w którym znajdowało się, później przez niego skręcone, nasze łóżko. Nigdy nie pytał mnie o zdanie w kwestiach zdałoby się dla niego najważniejszych. Gdy dwa miesiące później oznajmił mi, że wyjeżdża do Iraku jako dziennikarz wojenny jego decyzja była nieodwołalną. Krzyczałam. Zabraniałam. Płakałam i odsyłałam go do diabła. Nie kupował czekoladek na przeprosiny, nie próbował tłumaczyć, nie zamiatał potrzaskanych talerzy i kubków. Milczał. Nie powiedział nic, nawet gdy na lotnisku z dłoni zsunęłam pierścionek i położyłam na jego otwartej dłoni. Z naszego związku zatrzymałam mieszkanie. Mogłam jego. Wielokrotnie próbowałam. Chyba za słabo.
Dwa lata później, listopad 2005
Zaproszenie leżało na środku stołu. Ściągało wzrok. Zapaliłam kolejnego papierosa a wolną dłonią sięgnęłam po nie. Opuszki starannie zaczęły gładzić delikatny papier. Litery układały się w słowa.
„Mają zaszczyt zaprosić na ślub, który odbędzie się …”. Czas płynie szybciej niż woda, choć wielu właśnie do wody go przyrównuje. Od naszego pożegnania na lotnisku przemknęły mi między palcami dwa lata. Może zbyt mocno je rozczapierzyłam, może powinnam je ścisnąć i nie pozwolić uciekać chwilom. Od ostatniego spotkania z nim minęło trzy i pół tygodnia, od listu 4 dni. Za długo, zbyt dużo sekund wypełnionych czekaniem.
- Dwunasty styczeń. – Data wypływa z moich ust obrzucając ciszę dźwiękiem. Przymykam oczy zaciągając się dymem papierosowym. Nikotyna przylepia się do miękkiej tkanki dróg oddechowych, owija wokół niej pieszcząc delikatnie zabójczą trucizną. Tak, Aryeh z pewnością będzie wymarzonym panem młodym.
14 Marzec 2008
Nadeszła kolejna wiosna. Czas narodzin. Zmęczona natura, zmęczeni zimą ludzie. Pierwszy pęd wybija się na poszarzałej gałązce. Niezauważony samozwaniec zwiastujący swoim przetrwaniem, że to już ten czas. Udowadniający pobratymcom możliwość istnienia. Świat gna w codzienności. Zapachy nabierają wielorakich znaczeń. Hormony i endorfiny bez uzasadnienia rozpoczynają wędrówkę w organizmach, nie przeczuwającego niczego tłumu. Powoli, z namysłem: czy aby nie za wcześnie ? Powracają do życia, ze stanu wegetacji, parkany, łąki i drzewa. Soczysta zieleń puchnie pod powieką nakrywającą zmęczone intensywnością barw oko. Zapach trawy uderza w nozdrza. Jeszcze kilka tygodni. Intensywność barw zacznie blednąć pod naporem upalnych dni i coraz cieplejszych nocy. Siła splecenia ciał kochanków osłabnie. Zgaszony chlorofil przestanie cieszyć kolorem. Śpiew ptaków, zdawałoby się tak wesoły, stanie się monotonicznym wrzaskiem a względny spokój i znużenie ponownie zawładną ziemskim padołem. I spódnica już nikogo nie zdziwi i ciała opalone zleją się w plamę złotej ropy unoszonej chodnikową falą popołudnia.
Ósmy przystanek. 17:26. Prześlizguję się w tłoku i opuszczam autobus. Pani w okularach, z czerwonymi oprawkami, prycha pogardliwie, dając do zrozumienia, że mogłam chwilę wcześniej rozpocząć swoją wędrówkę ku drzwiom. Chodnik pozwala mi złapać grunt pod nogami. Kilkaset metrów których nigdy nie odmierzałam. Cień budynku naprzeciw, osłaniający bramę kamienicy w której znikam. Pan Staszek pozdrawia mnie z drugiego piętra przez okno. Odmachuję mu w geście lokatorskiej solidarności, chcąc uniknąć odbijania się mojego głosu, echem wśród murów. Półmrok na klatce nigdy nie pozwolił mi się do siebie przyzwyczaić, mimo to schematyczność moich działań, powielanych codziennie, pozwala mi na obcowanie z nim. Gładki papier kopert zostaje opleciony silnym uściskiem opuszków. Bank, bank, rachunek za telefon, niebieska koperta. Pochyłe pismo, specyficzne „S”. Serce uderza w żebra gruchocząc moje myśli.
- Aryeh – Wilgotne słowo przylepia się niczym mantra do zaschniętych ust. Powtarzane wielokrotnie aż do drzwi mieszkania. Dłoń nie drży a zamek wcale się nie zacina. W przedpokoju wysuwam zmęczone obcasem, stopy z butów. Klucze mają swoje miejsce, torebka ma swoje miejsce, czajnik na kuchence, czekający, aż odkręcę pod nim gaz i nastawię sobie wodę na herbatę, też ma swoje miejsce. Tylko ja nie potrafię go odnaleźć. Miejsca. Nie czajnika.
17:50
Rytuał zostaje zachowany, bez zbędnego bezczeszczenia jego kolejności. Kiedy już w dłoni dzierżę kubek a garsonkę zastępują jeansy siadam przy kuchennym stole. Autor, charakter pisma, koperta. Wszystko to samo. Jedynie treść się zmienia. Imiona poznawanych ludzi, słowa wyrażające emocje, sytuacje w jakich się znalazł, kolejne daty kiedy wraca. A potem moje kolejne noce niecierpliwego oczekiwania. Kolejne nigdy nie wypowiedziane słowa tęsknoty, kiełkujące wśród myśli wyprodukowanych ponad normę.
Zawartość niebieskich kopert bez względu na ich obfitość czytuję kilkakrotnie. Czasami płaczę, szlocham, kwilę, lub celebruję jedynie słonawym smakiem ciszę. Potem czeszę włosy, jakby ich sposób egzystencji w nieładzie kłócił się z moimi przekonaniami. Nigdy nie wyrzucam listów. Od nikogo. Nigdy nie mieszam listów. Niebieskie koperty mają osobne pudełko, małą świątynię wśród ulubionych książek, kadzidełek i szklanej kuli z pęcherzykami powietrza. Pudełko otwieram raz w roku, czytam wszystkie przysłane wieści na nowo, zamykam. Nauczenie się Dziesięciu Przykazań na pamięć, nie gwarantuje nam, że je zrozumiemy.
29 Marzec 2008
Nigdy nie miałam dość czasu aby przyzwyczaić się do sińców pod jego oczami. Nigdy mi tego nie nakazywał aprobując moje kiwanie głową na znak niezadowolenia. Wytrzymywał każde spojrzenie topiąc je w szarości swoich źrenic. Parzył język i klął cicho pod nosem, że kawa za gorąca. Studiował moje rysy. Kelnerce zostawiał napiwek i złożoną w łabędzia serwetkę. Otaczał mnie na pożegnanie ramieniem silnym i zachłannym.
Wczoraj znowu kiwałam głową. Kilka godzin lekkości rozmowy dwojga starych dobrych przyjaciół. Telefon od jego żony, że czeka z kolacją. Jego przepraszający wzrok, moje „nie ma sprawy”. No tak żona, nie ja… Znowu napisze, znowu wróci. Obiecał, zawsze obiecuje. Zawsze dotrzymuje obietnic.
Znowu czekam. Zawsze będę czekała.
Kwiecień 2008
Wieczorem w wiadomościach podano informację o zamieszkach w Iraku. Strach pobladł na zagryzionej wardze, pokój zawirował jak karuzela w wesołym miasteczku. Czy tylko mnie ten fakt tak zmartwił ?
Maj, czerwiec, lipiec.
Sierpień
Urywany, krótki dzwonek do drzwi. Krzyk mewy nad morzem, przegonionej z plaży przez miejskie stopy. Przez brak poszanowania dla natury. Nie tylko w filmach bliskie nam osoby zapowiadają swoje nadejście jakimś sygnałem. Każdy lubi myśl, że osobie po drugiej stronie drewnianej bariery drżą dłonie, rośnie puls i serce podskakuje kłócąc się z rozumem, o swoje chwile szaleństwa. Upalne wieczory nie pozostawiają chłodu na ciele. Rozgrzani ciepłem tężejącego powietrza i własnymi pragnieniami ludzie obijają się o siebie, chcąc przetrwać kolejne dni.
Potrząsa głową, uśmiecha się do siebie wstając z krzesła. Czy gdyby na powitanie mu powiedziała, że siedziała przy stole z założonymi rękoma, wyśmiałby tą jej próbę cierpliwości ? W samej sukience podchodzi do drzwi i spogląda przez judasza. W tym krzywym zwierciadle Aryeh wydaje się być taki śmieszny. Szerokie ramiona i duża głowa. Złączone, maleńkie nogi w wypranych jeansach. Opiera na chwilę głowę o drzwi a oddech przyspiesza, pozostawiając na karminie ciepłą i zdałoby się wiotką otoczkę. Nagle siła uderzenia w drzwi odrzuca ją z przestrachem. Regularne, równomierne walenie…
Otwieram oczy. Pościel mokra, za oknem aksamitna czerń i nienaturalnie wielki księżyc. Ręcznikiem leżącym przy łóżku przecieram spoconą szyję i twarz. Stopy zderzają się z chłodem paneli. W drzwiach stoi przerażona sąsiadka, prosząc abym zawiozła jej dziecko do szpitala. I myśl okrutna. Dlaczego Ja ? Nawet jeśli to tylko złuda, to chciałam pozostać w tym śnie.
Wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń, luty…
25 Marzec 2009
Minął prawie rok. A może nie ? Straciłam rachubę. Dni, tygodnie, miesiące. Jakie to ma znaczenie bez Niego ?
Deszcz nie pada. Zapalam znicz. Nagrobek nijaki, tylko te słowa „Zginął śmiercią tragiczną”. Nienawidzę kwietnia. Nie przetrwam go. Nie wiem jak.
Są miłości do których można by doczepić jedynie karteczkę „za późno”. Są miłości które zabijają.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz