Sośniany zapach żywicy. Odurzający, drażniący nozdrza, wywołujący zawrót głowy. Ostatni krzyk równo poukładanych, czekających na wywiezienie do tartaku bali. Kilkadziesiąt lat egzystencji sprowadzonych do symetrycznego kopca i opadłego dookoła okorka. Szum lasu gwałconego nazbyt porywczym wiatrem, niosącym przetrwanie gatunku jak i zniszczenie. Monumentalny taniec obłoków. Odgłos kroków na ściółce, miarowy oddech, wyimaginowana cisza.
Tętent myśli, galop wspomnień, rżenie niepewności. Codzienne błahostki. Małe radości i duże dylematy. Gniewne spojrzenia, ściszone głosy, podniesione krzyki, westchnienia wyczerpania. Irytacje, uśmiechy, upadki. Gwieździste niebo, wiosenny deszcz, październikowe zachody słońca. Las, miasto, rytm tygodnia i czyjaś ciepła dłoń. Cud codzienności.
„Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.”
- Richard Dawkins
Rozplatanie tęczy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz