Moje kroki bezszelestnie nikną wchłonięte przez drewno.
Twoje wciąż odbijają się echem wspomnień od ścian.
Wracają.
Uderzają w twarz, korpus, podcinają nogi.
Spod paznokci wydobyłam resztę Twoich namiętności, aby przyciąć je, aż do naskórka.
Równo, spokojnie, z namysłem.
Narzędzie egzekucji, po dezynfekcji, odłożyłam w symetrii między pędzel do pudru i przestrzeń, niezrażoną swoim istnieniem.
Pokryłam nierówną płytkę lakierem, zasłaniając nagość obecnej pustki.
Śnieg stopniał a samozwańczy ptak ozwał się na pobliskim drzewie.
Uchyliłam okno i nasypałam mu konopi na parapet.
Odwaga to nie przyzwolenie straceńców a cecha przywódcy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz