Pamiętasz ten wieczór, kiedy poślizgnąłeś się na świeżym śniegu i upadłeś na bruk ? Zamarzało wtedy piekło, a Twoja krew sączyła się gęstniejącą smugą po kocich łbach. Mój śmiech niósł się pomiędzy ulicznymi budynkami. Ktoś wyjrzał przez okno, odchylając firanę. Ktoś wezwał pogotowie. Ktoś w zielonej, puchowej kurtce próbował pomóc ci wstać. Pewnie miałeś wstrząs mózgu, bo chwiałeś się jak pijaczyna z bramy i zarzygałeś tą zieloną kurtkę. Szkoda tej kurtki, była taka ładna. Ten Pan też był uprzejmy. Nawet kiedy odsunął się od Ciebie i ponownie upadłeś, rozcinając tym razem łuk brwiowy. Powinnam była się wtedy przerazić ? Chwycić za rękę, żeby cię podnieść ? Otrzeć zakrwawioną twarz ? Za ciężki jesteś i przecież nigdy nie chciałeś pomocy.
Przyniosłam ci kwiaty. Ładnie pachną, żywe, z kwiaciarni naprzeciwko.
1 listopada to takie ładne święto, nie sądzisz ? Tyle żaru i ciepła, zamkniętego w małych wkładach do zniczy za 0,80 groszy. I żaden ze świętujących nie musi się już bać, że upadnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz