Zaczynam od sprintu, pierwsze dziesięć, piętnaście minut forsuję całe ciało, tracę oddech, łapie mnie kolka i skurcze w łydkach. Staję, haustem wciągam wieczorne powietrze. Nie powinnam, wiem, jutro ciało będzie obolałe, a ścięgna dadzą się we znaki. Jednak robię tak codziennie. Potem opieram dłonie na kolanach i oddycham, kłująco, szybko, aż płuca wypełnia bolesny chłód. Rozciągam nagrzane mięśnie, powoli, z namysłem i oporem buzującej w żyłach gęstej krwi. Droga dalej, w noc. Latarnie oznaczają pomarańczową poświatę, miarowo, wolniej, zgięcie nóg w kolanach, rozprostowanie, naprzemienny ruch. Kolejne skrzyżowanie, spojrzenie w bok, oblizanie suchych, spiętych warg. Dźwięki płynące w uszach, rytm sam się wybijający w moim gardle, gdy kolejny raz zaciągam się zapachem miasta. Stopy uderzające o chodnik w takt, nabrzmiałe serce i smak wolności.
"Something is changing
Bruising and taking
And I'm trying to find out what it is"
Bruising and taking
And I'm trying to find out what it is"
Kiedyś lubiłam pływać. Lubię nadal. Wchodzenie do wody, otulającej ciało. Nie jak kochanek, a jak już nie przyjaciel, a jeszcze nie ktoś obcy. Przyjemnym chłodem, za którym tęsknisz gdy go nie ma. Potrafiłam zatracając poczucie czasu i rzeczywistości obserwować niewidzącym wzrokiem dach pływalni, gdy pokonywałam kolejne długości basenu. Nawrót, stopy bolą, nawrót, ból promieniuje, nawrót, nawrót, nawrót, ból mija, nie ma nic, tylko rozluźnienie, pustka w głowie, odgłos dłoni wpadających do wody.
"Say that I'm selfish
But I know you need this
And I'm just so sick of the chase"
But I know you need this
And I'm just so sick of the chase"
Światła się skończyły, ulica jest coraz węższa i ciemniejsza, nie-ślepy zaułek. Ciche domy, za oknami rodziny siadają do kolacji, mijające mnie auto zajeżdża na pobliski podjazd. Czuję w ciele drgania uderzeń butów o ziemię, odruchowo prostuję, wyprostowane plecy, zaciskam pięści, znów odpływam. Główna, pasy, przystanek razy dwa, kościół, zakręt, ogródek. MP3 switch off, ławka, papieros. Kończyny opadają bezwiednie, w myśli masochistycznej ćwiartują się na kawałki przepełnione gorącym zmęczeniem. Wybiegać wszystko, wszystko wybiegać. W tym tkwi sens wieczornych eskapad.
Mam beżowo-fioletowe adidasy i czarny dres, ale czy to ważne ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz