Miałeś nabrzmiałe pożądaniem malinowe usta, nazbyt kobiece jak na mężczyznę, gdy niecierpliwym ruchem zamknąłeś mnie w swej ogromnej dłoni. Przyzwoliłam na to, czułkami badając każdą wypracowaną bruzdę, na której perliły się kryształki potu. Uczucie ruchu, zmiany położenia, westchnienia jak morskie huragany, miarowe kroki, siłą tsunami odrywające mnie od stabilności podłoża. Zatrzepotałam prawym skrzydłem, śladem pyłu malując fragment Twojego opuszka. Gorąc, światło i zapach zieleni obezwładniły moje zmysły, gdy na powrót rozwarłeś palce. Łąka brzęczała pracą innych owadów, w obecności których zwracałeś mi wolność. Wiedziałeś, że motyl w odosobnieniu kona. Miłość zaklęta w akcie łaski. Nie czekając na więcej dałam się ponieść na wietrze. Byłam przecież motylem, byłam Twoim wspomnieniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz