Targ pachniał jesiennymi jabłkami, zrywanymi o poranku, kiedy zmarznięte dłonie kostnieją i nie pomaga nawet dmuchanie w nie. Kilka straganów, termosy parujące kawą, potencjalni kupcy. Owinęła się mocniej płaszczem, przeciskając przez rozentuzjazmowany tłum. Niedopałek zgasiła czubkiem buta. Stał tam, jak co wtorek. Wciśnięty w kąt placu, pomiędzy warzywniaki. Stał jego kramik, bo on sam, dziadunio pamiętający wojnę i komunę spoczywał na zydlu przy wystawionych „dobrociach” krzyżując ręce na piersi. Wypełniony bruzdami owal twarzy kiwał się lekko, wraz z wtopionym spojrzeniem bystrych, mimo wieku, oczu. Co rusz marszczył powoli nos, unosząc wąsa, wzmagając wypiętrzenie zmarszczek na czole i z niezmiennym zdziwieniem obserwując świat otaczający starcze Jestestwo. Pochwycona w locie myśl zwabiła tęczówki wylane syropem klonowym ku stałej klientce. Uśmiechnęła się na myśl zbliżającej się konwersacji. Spowolniła krok czyniąc chwilę nieznośnie przyjemną. Wyczekiwaną, jak pierwiosnki. W końcu stuknęła obcasami zatrzymując się przed jarmarcznym stoiskiem, jak miała w zwyczaju nazywać je na własne potrzeby. Dżentelmen z klasą podniósł się z siedziska, wspierając zniszczoną pracą dłoń o blat. Wymienili grzecznościowe zwroty, spojrzenia, uśmiechy. Kilka słów o pogodzie, o nadchodzącej zimie, żółcieni opadających liści, wieczorach z książką w ręku. On jak zwykle zapytał jak się czuje, ona jak zwykle odpowiedziała, że dobrze. Jak zwykle zamilkli równocześnie, rozpoczynając rytuał. Metalowa szufelka zanurzyła się w mieszance zasuszonych owoców, liści i skórki pomarańczy. Tradycyjnie dodał coś od ciebie, związał foliowy woreczek, podał kwotę zapłaty, polecił nowe herbaciane smakowitości. Wiedział, że odmówi, zawsze kupowała ten jeden określony rodzaj. Kiedyś omamiona złudną intymnością chwili, wyznała mu, że ta herbata ma dla niej zapach spokoju, że tak pachnie ulga, gdy dosypie się do niej nieco imbiru. Nigdy więcej nie rozmawiali już w ten sposób. Ale on wiedział, rozumiał. Wyobrażał sobie jak siada z kubkiem w dłoni, nachyla się nad nim i pochłania własne iluzje głębokim wdechem. Jak parzy język drobnymi łykami i odchyla głowę przymykając oczy. Balsam dla duszy za 2 złote. Skłonił się dziękując za zapłatę. Licho tknęło struny głosowe.
- Dobrze Pani wygląda, coraz lepiej Pani Anito.
Odruchowo poprawiła chustkę przysłaniającą, ledwo co odrastające na bladości czaszki, włoski będące niczym wątły puch. Nie odpowiedziała, jedynie uśmiech spoił się z kącikami jej ust, gdy znikała, z dumnie uniesioną głową, w tłumie.
Niezwykłość tkwi w prostocie zwyczajności. Niedostrzegalnej pryzmatem współcześnie przyjętych norm.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz